archiwum

Toperz i Kula w poszukiwaniu tożsamości

recenzja spektaklu Chodź na słówko

 

„Kula” i „toperz” to błędnie wypowiedziane słowa, które powołała do życia dwuletnia dziewczynka. Kiedy więc we własnej osobie wchodzą na scenę, są mocno niepewne własnej tożsamości. Niezwykle wysoki i chudy Toperz, grany przez Radosława Elisa, w zielonych spodniach, długiej, futrzanej kamizelce, zamszowych butach i wełnianej czapce na głowie stawia pokracznie nogi. Kula Anny Mierzwy, ubranej w elegancką spódnicę z kubraczkiem i białe rajstopy, jest okrągła: z kulistą burzą rudych, nastroszonych włosów na głowie. Nie chce jednak być Kulą, pragnie być Kurą, bo uważa, że to wyjątkowo mądre i piękne ptaki. Porusza więc ramionami na wzór kurzych skrzydełek, co jej jednak w niczym nie pomaga.

Co to znaczy poszukiwać tożsamości? Dla każdego zapewne co innego. Toperz na przykład uważa, że jest jedyny, prawdziwy i oryginalny, a nietoperze powstały najwyraźniej jako jego negacja. Jest tym, od którego wszystko się zaczęło. Wkrótce jednak przychodzi mu do głowy, że zaprzeczeniem nietoperza jest taktoperz, wobec czego on sam, jako Toperz, jest wybrakowany. Natychmiast pogrąża się w rozpaczy („Nie poznaję siebie! Kim ja jestem?”). Oboje z Kulą wpadają na pomysł, by zasięgnąć języka w tej sprawie, najlepiej języka polskiego. Chwilę trwa zanim zdołają go sprowokować pokazywaniem własnych języków.

Michał Kocurek w spodniach w kratę, krótkim płaszczyku z materiału z nadrukiem kolorowych liter (z którego zrobiono też kurtynę) i podobnym berecie, z przystrzyżoną bródką, w okularach, wygląda jak inteligent o artystycznych inklinacjach. Trochę profesorski. Może Dottore z komedii dell’arte, z doprawionym nosem? Sceniczny Język Polski z pewnością ma własną tożsamość, ale nie jest zadowolony z tego, co robią z nią inni („Raczej posługują się mną machinalnie, używają mnie, wykorzystują, w szkołach traktują mnie jak przedmiot…”) Narzekaniom na złe obyczaje nie ma końca. Sorry! Sorki! Siema! Nara! Wporzo! – to obraz prawdziwych spustoszeń, choć Toperz akurat uważa, że „Wporzo jest spoko.” Język Polski wpada w histerię („Jestem chory… chory! Kończę się… Ja to czuję… nikt mnie nie szanuje…”). Nie może też pomóc wybrakowanym słowom, bo nie może naprawiać błędów, jest tylko przedmiotem. „Do używania. Pielęgnowania, oczywiście.” Jedyne, co może, to podarować jakieś słowo, ale niepotrzebne, czyli brzydkie. I zniknąć.

Brzydkie Słowo pojawia się na scenie w tych samych spodniach co Język Polski, długim płaszczu i weneckiej masce na twarzy. Nosi się luźno i takie też są jego obyczaje. Ale fakt, że zasłania oblicze, świadczy być może o wstydzie. Może to jednak współczesny Pantalone, podszyty okrucieństwem? „Jak ja bym miał tak na imię, to bym z domu nie wychodził…” rzuca na powitanie Toperz; Kula jest życzliwsza. Brzydkie Słowo uważa, że Kula i Toperz brzmią dobrze i nie trzeba ich poprawiać. Patrzy na to ze swojej perspektywy: słowa w gorszej sytuacji; właściwie to podziwia nowych znajomych. Toperzowi podpowiada, jak brzmi „nietoperz” po angielsku i przy okazji uczy go paru całkiem brzydkich słów. O kurach wie, że są głupie i nie warto szukać ich towarzystwa. Wie, bo ma wystarczająco dużo doświadczeń z podwórek i kurników.

Co zresztą za chwilę się potwierdzi, gdy na scenie pojawi się prawdziwa Kura. Wygląda jak Kula, której wyrosły kurze skrzydła i dziób. „Mata ziarno?” – pyta. Głupota Kury bije po oczach, jej zasób słów jest ubogi. Wprawia rozmówców w rodzaj osłupienia, nie sposób się z nią dogadać. I szczerze mówiąc, traci się na to ochotę. Język jednak bardzo silnie nas określa, jest emanacją tożsamości. Bezskutecznie przepędzana daje się w końcu wywabić ze sceny. Wkrótce powraca na nią Kula, która w tym czasie próbowała dostać się do kurnika. Poniosła klęskę, ale wciąż nie dopuszcza do świadomości, że kury są głupie. Wiara w swoje wyobrażenia jest mocniejsza od twardych faktów. Po traumatycznej konfrontacji Kula ma ochotę zakląć szpetnie, ale Toperz na to nie pozwala. Brzydkie Słowo ciągnięte przez antagonistów w przeciwne strony czuje się „poszarpane”, obraża się i znika ze sceny.

Ostatnią deską dla szukających ratunku słów jest Logoped. Specjalista od wymowy. Michał Kocurek w białym kitlu błyskawicznie przystępuje do ćwiczeń („górnymi zębami szybko pulsujemy na dolnej wardze”). Razem z bohaterami ćwiczy też cała widownia. „Dykcja w normie, gorzej z dyscypliną.” – ocenia sytuację Logoped. Nieoczekiwanie okazuje się, że swoich rozmówców nie postrzega jak nietrafne słowa. Widzi w nich Futrzaka i Piłkę. Zaskoczeni Toperz i Kula przymierzają się wstępnie do jego wizji. Czyżby odnaleźli wreszcie tożsamość?

Wyobraźnia i poczucie humoru Maliny Prześlugi, owocujące przewrotną narracją, idącą w poprzek utartych schematów, uruchamiają aktywność młodej widowni, która doskonale rozumie lingwistyczne żarty, a nawet uczestniczy w spektaklu, „podpowiadając” aktorom. Ci wykonują swą robotę perfekcyjnie, podobnie jak reżyser Jerzy Moszkowicz, nadający całości rytm i doskonale rozumiejący intencje autorki. Język Polski, Brzydkie Słowo i Logoped (inna, specjalistyczna odmiana Dottore?), z doczepianymi nosami i maskami na twarzy, czerpią z komedii dell’arte, tak, jak sam spektakl, rozgrywany przed kurtyną, na niewielkiej estradzie i stawiający na aktorską inwencję. Zabawy z językiem uruchomiły więc typowo teatralną konwencję. Obie formy łączy zamiłowanie do lekkości, umowności, a nawet abstrakcji i gatunkowej czystości.

Na koniec odbywa się krótki, ale piękny koncert. Aktorzy, już w prywatnych strojach, grają na instrumentach. Częsty to w dzisiejszym teatrze muzyczny finał. Na scenie zmagamy się z własną tożsamością, wywracając konwencję i testując przeróżne możliwości, a muzyka, wymagająca hierarchii, dyscypliny i znalezienia własnego miejsca w orkiestrze, godzi nas na koniec, prowadząc do harmonii ze sobą, sztuką i otoczeniem.

 

Kalina Zalewska