archiwum

Jego portret w kobietach

recenzja spektaklu Kobieta. Istnienia poszczególne

 

Obchodzący w tym roku trzydziestolecie istnienia zakopiański Teatr im. Witkiewicza pozostaje, powiedziałoby się, wzorcowo wierny swojemu patronowi. W czasach, gdy młodszy teatr gremialnie odwraca się od „wariata z Krupówek”, chyba nie za dobrze kontaktując z katastrofizmem Witkacego, z jego bolesnym serio przykrywanym wygłupami i parodią, z jego, tak pogardzanym dziś estetyzmem i wyrafinowaniem – teatr spod Tatr nie ustaje w eksplorowaniu jego obfitej twórczości. Tworząc przedstawienia bardzo rozmaite w konwencji i w sposobie czytania pisarza, takie jak niedocenione, dotkliwie smutne „Bezimienne dzieło” sprzed paru lat, czy jak widowisko grane w galerii Władysława Hasiora, czyli „Oni” ale bez polityki, raczej z pytaniami o odpowiedzialność człowieka artysty. Na jubileusz Andrzej Dziuk przygotował nie grywaną właściwie nigdy „Metafizykę dwugłowego cielęcia”. W zabytkowej willi Oksza Krzysztof Najbor prezentuje monodram oparty na „Regulaminie Firmy Portretowej” a na scenie Atanazego Bazakbala mamy opowieść o kobietach Witkacego. Istnieniach, owszem, poszczególnych, ale za to jakże licznych.

 

Nieprzebranego materiału na ich temat dostarczyła monumentalna edycja listów Witkiewicza redagowana przez Janusza Deglera. Maciej Pinkwart, zakopiańska osobistość i piewca miasta – a jako dramatopisarz chyba debiutant – sięgnął też i po inne źródła, ukazując kobiety otaczające Witkacego od dzieciństwa przez czasy międzywojennej bohemy aż po ostatnie chwile. Jest tu i samobójczyni Jadwiga Janczewska, i majestatyczna Irena Solska, i Jadwiga Unrug, i inne. Dostajemy całą serię kobiecych opowieści, składających się, feministki mnie zastrzelą, w większym stopniu na portret zbiorowy tego nieprawdopodobnego faceta, niż na owe „poszczególne” babskie konterfekty. I to mimo, że grająca wszystkie panie Katarzyna Pietrzyk wraz z reżyserką Justyną Kowalską zadbały o atrakcyjne zróżnicowanie sceniczne poszczególnych narracji. Aktorka zmieniała stroje i konwencje monologu jak rękawiczki, szkicowała postacie nie bojąc się ostrej, wyrazistej kreski, atoli wspaniale umiała trzymać się tej, jedynej w swoim rodzaju autoparodyjnej stylistyki, gdzie każde serio musi być kontrapunktowane kpiną a w żartach kryją się i wzruszenia, i ból, i prawdziwe wyznania miłosne (choć, nie ma co ukrywać, najczęściej jest to miłość własna mahatmy Witkaca).

 

W tym uatrakcyjnianiu przedstawienia twórczynie posunęły się może odrobinę za daleko w scenie z udziałem publiczności. Jest tam taka sekwencja próby „Bzika tropikalnego”, gdzie wyciąga się widzów na scenę, „powierza się” im role z tej egzotycznej komedii i każe odgrywać nie tyle sceny, ile groteskowo przesadne opisy z didaskaliów. Może to mój prywatny hyź, ale wściekle nie lubię w teatrach praktyki stosowane dawniej tylko w cyrkach, gdy wywabiani na arenę widzowie brali udział w clownowskich repryzach. Śmiem twierdzić, że te numery będą wychodziły teatrowi bokiem; już mi się zdarzyło nie raz i nie dwa widzieć przedstawienia – bynajmniej nie komediowe – doprowadzane na granicę rozbicia, ponieważ widzowie przyszli z aprioryczną, wewnętrzną chęcią powygłupiania się i pogrania z aktorami. Tu takie niebezpieczeństwo było z miejsca rozbrojone, Katarzyna Pietrzyk umiała kapitalnie, już w kolejnym monologu, zdusić rozdokazywanie widzów. Ale musiała przecież, stojąc samotnie na scenie, czuć wyraźny spadek napięcia, dekoncentrację widowni nie do odrobienia już, mimo dramatycznej mocy końcowych opowieści, tych o samobójstwie w Jeziorach. To nieprawda, że takie sceniczne manewry nic nie kosztują.

 

Co nie przekreśla faktu, że powstało udane przedstawienie, ile trzeba dowcipne, ile trzeba dramatyczne, celnie wprowadzające zakopiańskich spacerowiczów w niegdysiejsze wesołe i smutne zabawy z życiem. I ze śmiercią: może najbardziej przejmująco zabrzmiała –pozornie tak lekko mówiona – historia Jadwigi Janczewskiej, co poszła się zastrzelić do Kościeliskiej, gdy jej nasz zakochany w sobie artysta powiedział, że nie chce tego dziecka, które, jak się zdaje i tak nie było jego, tylko, pomyślałby kto?, Karola Szymanowskiego…

 

 

Jacek Sieradzki