23. edycja (2016/2017)

Ostatnia taśma Prospera

recenzja spektaklu Po "Burzy" Szekspira

Już pierwsze spojrzenie na scenę pozbawia złudzeń: wyspa Prospera to biedna samotnia. Patrzymy na bohatera, który przesiaduje swoją starość na obdartej kanapie, w brudnym podkoszulku, spodniach od piżamy, z tępym wzrokiem wlepionym w ekran telewizora. Jego mieszkanie otoczone jest spotworniałą, pnącą się wysoko pod sufit meblościanką, z zieloną wykładziną i zawieszonym wysoko monidłem. Czas się tu jakby zatrzymał, przyszłość nie oferuje nic, dlatego z niemal masochistyczną pasją wraca się tu w przeszłość.
Spektakl Agaty Dudy-Gracz dzieje się nie tyle „po Burzy”, co „nad Burzą”. Autorka bierze od Shakespeare’a zarysy postaci i węzłowe punkty fabuły, tak, że na ogół nie ma wątpliwości kto jest kim, ani w jakiej sprawie się pojawia. Nad klasyczną strukturą nadpisuje jednak zupełnie nową, intymną historię o wewnętrznym piekle artysty, który mierzy się ze swoim wypaleniem i rozlicza z demonami przeszłości. Mimo że reżyserka bardzo wyraźnie wprowadza wątki autobiograficzne i rozmawia tym spektaklem ze swoim wybitnym ojcem, nie jest to opowieść hermetyczna. Siła spektakli Dudy-Gracz – tego i wielu innych – polega bowiem na tym, że do bólu sugestywnie opowiadają o ludzkiej kondycji wpisanej w siermiężną codzienność. To opowieści o strachu, małości, rozczarowaniu. Ta zaś jest – przede wszystkim – o samotności.
Obecność na dusznej „wyspie” bohater Dudy-Gracz traktuje jak wygnanie. Ma świadomość swojego wypalenia i bezpowrotnie utraconych perspektyw. Swój żal wylewa najpierw na publiczność, zwracając się do nas w długich tyradach per „banda z biletem” i przestrzega, że nie istnieje żadne prawo, którego moglibyśmy być pewni, bo w każdej chwili może przyjść ktoś, kto pozbawi nas wszystkiego. Początkowo łatwo zobaczyć w nim tylko zgorzkniałego starca, jest jednak w jego skardze dotkliwie prawdziwy ton: nasze prywatne królestwa – wszystko jedno, czy rozumiemy jak jako dom, rodzinę, wiarę, pozycję materialną czy społeczną – mogą zniknąć tak szybko, jak się pojawiły. Banał, tak. Ale w ustach Prospera to ostrzeżenie jest przeszywające.
Mieszkanie Prospera staje się miejscem seansu podczas którego będzie rozliczał się ze swoimi demonami. Jego nieistniejący współlokatorzy wypełzają zza kanapy, z szaf, orbitują wokół protagonisty, stwarzając świat jego wspomnień, lęków i obsesji. Najważniejszy z nich jest beznamiętny, kroczący mechanicznie po niewidzialnej osi Ariel – jedyna i ostatnia emanacja twórczych mocy Prospera. Wygląda jak zwęglona bajkowa wróżka – od stóp do głowy czarny, na łopatkach ma wypalone dwie rany po skrzydłach. Pojawia się zawsze tam, gdzie potrzeba ożywiać pamięć, gdzie trzeba kreacji, czy ruchu w działaniach postaci. Pełni rolę kupidyna, gdy Miranda spotka Ferdynanda, pojawia się też we śnie o potędze rozbitych na dwie postaci Kalibanów – hipisowskiego małżeństwa, sąsiadów Prospera – i trzymając korony nad ich głowami, czyni z nich… Makbetów. Pomaga też oczywiście wywołać burzę.
Burza, jak cały świat w przedstawieniu Dudy-Gracz, dzieje się w głowie Prospera. Roznieca ją po to, by postawić przed sobą tych, którzy rzekomo są winni jego „detronizacji”. „Co by było, gdybyście pod meblościanką mogli postawić tego, który was poniżył, oszukał, bądź zranił?” – pyta. W najbardziej hipnotycznej sekwencji spektaklu Prospero, jak szaman wirując szklanką wody nad głową, przywołuje tych, którzy zapisali się w jego życiu jako uporczywe pasożyty: Pana od muzyki, Telewizor, Chuj-Gwiazdę i Tzw. Wszystkich. To rozbitkowie na jego wyspie.
Podobne momenty magii zdarzają się tu rzadko. Reżyserka chyba nie wierzy w czary, klucza do ludzkiej kondycji upatrując, podobnie jak Gombrowicz, w napięciach między człowiekiem a człowiekiem. Kiedy w finale Ariel zmywa ze swojego ciała czarną farbę, nie mamy złudzeń, że w Prosperze ostatecznie umierają stwórcze moce. Tak chyba też patrzy na ojca Miranda. Podszyta tresurą zabawa z w interpretowanie szklanki IKEA, kończy się jej wyznaniem: „zawsze zasypiam, gdy tato-czarodziej traci na mnie pomysł”.
Ten spektakl to kolejne udane spotkanie Dudy-Gracz z zespołem wrocławskiego Capitolu. To może i zaskakujące, że scena o bądź co bądź rozrywkowym profilu staje się przyczółkiem dla tak osobnego i wizjonerskiego teatru. Nie ulega wszakże wątpliwości – być może właśnie to przyciąga tutaj reżyserkę – że Capitol oferuje do współpracy aktorów z solidnym i wszechstronnym warsztatem. Wrocławscy artyści z zaangażowaniem wypełniają wymyślony przez Dudę-Gracz świat – widać, że od „Piotra Riviere’a” zdążyli się w nim zadomowić. Pierwsze skrzypce gra Feliks Szajnert (to jednakowoż tranzyt z Krakowa, gdzie spotkał się już wcześniej w pracy z reżyserką), którego Prospero jest głęboko dramatyczny, ale zarazem tak przyziemny i realny, jakby mówił do nas głosem naszych sąsiadów. Na biegunie tej roli jest zagrany z chirurgiczną precyzją, mocno formalny Ariel Eweliny Adamskiej-Porczyk – to także najbardziej melancholijna postać w spektaklu. Przejmująca jest także dopisana przez autorkę postać Matki – roztrzęsionej alkoholiczki, granej przez Helenę Sujecką. Reżyserka roztropnie wykorzystuje też wokalne talenty niektórych ze swoich aktorów (piękne wokalizy Pani Kaliban w wykonaniu Emose Uhunmwangho).
Między zespołem Capitolu a Dudą-Gracz jest wyraźna chemia, dlatego chciałoby się oglądać na tej scenie jej kolejne prace. Zwłaszcza, że „Po Burzy” wydaje się pod różnymi względami dziełem przełomowym. Na pewno pierwszym tak otwarcie autobiograficznym. Jest też znacznie bardziej zwarty od wielu poprzednich, którym często stawiano zarzut zbytniego rozbuchania fabularnego. Po raz pierwszy też od dawna Duda-Gracz nie reżyseruje w swoim teatrze konduktu pogrzebowego. Spektakl ten, mimo że nie porusza wprost tematu śmierci, jest jednak jednym z najbardziej bolesnych w jej karierze. Nie przypominam sobie u niej równie żałobnej sekwencji jak ten cichy finał, w którym wszystkie postaci ubrane w identyczne podkoszulki i piżamowe spodnie, siadają wraz z Prosperem przed telewizorem.

Szymon Kazimierczak
PO BURZY SZEKSPIRA. Scenariusz, reżyseria, scenografia i kostiumy: Agata Duda-Gracz, muzyka: Jakub Ostaszewski, choreografia: Tomasz Wesołowski, reżyseria światła: Katarzyna Łuszczyk. Premiera w Teatrze Capitol we Wrocławiu 8 kwietnia 2016.