23. edycja (2016/2017)

Nałogowcy

recenzja spektaklu Piaskownica

Dla czysto dydaktycznych korzyści warto by sfilmować gnieźnieńską „Piaskownicę”. I pokazywać ją na rozmaitych zajęciach pod hasłem: jak można koncertowo schrzanić niebanal-nie i pięknie pomyślane przedstawienie za przyczyną najzdradliwszego narkotyku w apteczce reżysera: nieprzepartej m¬iłości własnej. I zakochania do szaleństwa w swoich pomysłach.
Nikt rozsądny nie odmówi rosyjskiej inscenizatorce, Jewgenii Boginskiej, uczciwego i twórczego podejścia do zadania. „Piaskownica” jest fenomenem. Debiutancka sztuka dwu-dziestoletniego Michała Walczaka zrobiła karierę porównywalną w ostatnim ćwierćwieczu może jedynie z „Nocą Helvera” Ingmara Villqista – z całego dramaturgicznego boomu tylko te dwa dramaty miały po kilkanaście wystawień. Pod najprostszą i z pozoru skrajnie naiwną fa-bułę – patrzymy po prostu na dwoje dzieciaków w piaskownicy, on się bawi chłopackim Bat-manem, ona dziewczyńską lalą – Walczak wpisał tak naprawdę całe dorosłe męsko-damskie życie: flirt, oczarowanie, rozczarowanie, miłość, nienawiść, grę, podpuchy, upokorzenia, okru-cieństwo, niespełnienie; wymieniać można w nieskończoność. Wpisał – ale jako potencjalność! Jako paletę szans dla interpretatorów. Bez dopowiadania, przesądzania, łopatologizowania. Teatrom dało to wspaniałe możliwości, poczynając od mądrego ogrywania samej sytuacji wyj-ściowej: dziecinada z piaskownicy, ale dorośli aktorzy, dorosłe miny, dorosło-dziecinne sensy słów. Tak prowadził prapremierowe przedstawienie Piotr Kruszczyński w Wałbrzychu. A po-tem chętnie rozbijano Walczakową parę na przykład na trzy duety reprezentujące trzy pokole-nia. Obsadzono też kiedyś w rolach Miłki i Protazka emerytowanych aktorów, czyniąc z opo-wieści gorzki koncert wspomnień – z dzieciństwa, z inicjacji, ale i z reszty życia. Pomysłów było co niemiara.
Przedstawienie z Teatru im. Fredry dobrze się w tę tradycję interpretacyjną wpisuje. Boginska postanowiła skupić się na mechanizmie wspomnień – i nagrała w tym celu nawet puszczany w prologu uczony wykład z przywołaniem formuł Jungowskich – aliści poza inte-lektualną daniną zrobiła po prostu poetyckie widowisko o miłości, o zachłyśnięciu i opadaniu uniesień. Pomnożyła duet bohaterów: dorosłym dzieciom prowadzącym opowieść, Maciejowi Hąźle i Martynie Rozwadowskiej dołożyła lustrzane odbicia trochę młodsze – Kamilę Bana-siak i Jana Niemczyka jeszcze ze szkoły aktorskiej – każąc im sytuacje kreślone przez parę starszą dość statycznie, głównie na stojaka przed mikrofonem, nasycać ruchem, emocją, dzia-łaniem. Nieoczywistym i pomysłowym, jak wtedy, gdy delikatną euforię Protazka starszego Protazek młodszy uzupełnia paroma wariackimi pas stepującego tańca. Precyzyjnie skon-struowała widowisko, przeplatając monologi popychające akcję lirycznymi etiudami obrazują-cymi rozmaite stany emocjonalne bohaterów. Wybrała słowa-klucze powracające jak refreny w rozmaitych konfiguracjach. Ze scenografem, Ilszatem Wildanowem, stworzyli oryginalne sce-niczne obrazy – wielkie, białe lub kolorowe kule spadające spod sufitu, czy rodzaj klatki z lin, z której wydobywa się młoda Miłka. Obrazy ładne taką ładnością, którą polski teatr na co dzień się brzydzi, wybierając chropowatość, albo i co gorsza, bylejakość. Słodycz tych scen pasowała jednak do nastroju widowiska, dzięki niej aktorzy długo mogli ustrzec się sentymen-talizmu i łzawości. Zgrabny spektakl harmonijnie zmierzał do pointy-klamry sztuki, jeszcze jednego monologu o Batmanie, jak z początku, ale z uwzględnieniem wszystkiego, co przez tę godzinę zaszło.
Aliści zamiast finału na ekranie w głębi sceny wyświetliło się słowo „Replay”.
 Miast skończyć dzieło, reżyserka uraczyła nas teraz całą serią oderwanych etiud pod hasłem: a można też i tak. Zaproponowała katalog wariantów marnie już teraz dopasowanych do całości, pokazanych, zdało się, na „ekonomicznej” zasadzie: skoro już wymyśliliśmy, to co się mają marnować. Słowa-klucze, chwilę temu użyte z sensem, powracały teraz niczym nie-kontrolowane natręctwa: jeszcze raz i jeszcze. Poszczególne sekwencje zgubiły cel, kręciły się w kółko. Szybko wyczerpały się koncepty dotychczas delikatne, metaforyczne, trzeba było udosłownić dialog łącznie z kilkakrotnym powtórzeniem jednoznacznego „Bo ja cię, ten, ko-cham”, chociaż młody Walczak gust ten właśnie wielki miał, żeby uważać na takie deklaracje. Coś, co przez pierwszą godzinę zdawało się mądrą harmonijną konstrukcją z początkiem, przebiegiem i zwieńczeniem, zmieniło się nagle w bezładny ciąg scenek zdających się nie mieć końca. A przecież wcale nie trwały znów tak specjalnie długo, kilkanaście ledwie minut. Były jak wieczność. Tak się płaci za zgubienie rytmu, za rezygnację z czytelnej kompozycji, za nie-umiejętność skończenia gdzie trzeba. A przede wszystkim za zarozumiałość: nic nie skreślimy, wszystko jest genialne.
Gdyby Jewgienia Boginska siadła między widzami na tym przedstawieniu, co ja, mia-łaby szanse poczuć, jak niemal fizycznie aura życzliwości i zaciekawienia ulatnia się znad wi-downi, jakby ktoś otworzył szyberdach w suficie. Jak tężeją pogodne dotąd twarze, jak za-czynają się pokasływania, wiercenie się, głośne wzdychania a na końcu demonstracyjne spo-glądania na zegarek. Jak w ekspresowym tempie obraca się w niwecz efekt przedstawienia, które tak długo zapowiadało się jak bardzo ciekawa robota i to w wymiarze grubo większym niż codzienność skromnej gnieźnieńskiej sceny.
 Powiadam: sfilmować, zapakować na dyskietkę. A potem znaleźć fortel, żeby instruk-tażowy materiał trafił do, bo ja wiem, Krzysztofa Warlikowskiego, Krzysztofa Garbaczew-skiego, Moniki Strzępki. Oni też przecież cierpią na syndrom bezkrytycznego przywiązania do wszystkich swoich, ciągnących się długo w noc pomysłów, oni również potrafią życzliwych nawet widzów doprowadzać do białej gorączki. Choć na ich uzależnienie od narkotyku reży-serskiej miłości własnej pewnie nie ma już odtrutki. Młodą Rosjankę może da się jeszcze przed nałogiem ustrzec?

Jacek Sieradzki
Michał Walczak PIASKOWNICA. Reżyseria: Jewgienia Boginska, scenografia: Ilszat Wildanow, muzyka: Sasza Razkin¬¬¬, Reżyseria świateł: Łukasz Błażejewski¬¬¬. Premiera w Teatrze im. Fredry w Gnieźnie 15 grudnia 2016.