23. edycja (2016/2017)

Co jeszcze można powiedzieć?

recenzja spektaklu Bóg w dom

Statystyki dotyczące incydentów na tle rasowym w Polsce są niepokojące. W ostatnich latach można zauważyć gwałtowny wzrost liczby przestępstw spowodowanych nienawiścią rasową, etniczną lub religijną. Obok tego zjawiska nie można przejść obojętnie, szczególnie, że ataki odbywają się przy cichym przyzwoleniu władz żerujących na niepokojach społecznych. Jak w takiej sytuacji może zareagować teatr? Z reguły odpowiedzią są przedstawienia analizujące wyimaginowany obraz polskości oparty na stereotypach tkwiących w głowie autora. W przypadku bydgoskiego spektaklu sytuacja jest inna - mamy do czynienia z solidną robotą reporterską.
Katarzyna Szyngiera z Mirosławem Wlekłym, dziennikarzem "Dużego Formatu", udali się do miejsc znanych jako siedliska radykalizmu i "wylęgarnie" terrorystów: podparyskiego Saint-Denis i dzielnicy Molenbeek w Brukseli. Zgromadzony przez nich materiał obejmuje rozmowy z kilkudziesięcioma osobami (ich spis pojawia się na początku spektaklu). Są wśród nich matki bojowników islamskich i pracownicy socjalni, duchowni katoliccy i muzułmańscy przywódcy religijni, wierzący i ateiści, przypadkowo złapani przechodnie i starannie dobrane osoby zajmujące się kwestią islamu. Nie są to jednak wyłącznie nazwiska na liście - każda z osób pojawiających się na projekcji, oprócz tego, że jest "ometkowana" imieniem i podstawową informacją o jej funkcji, wyznaniu lub pochodzeniu, posiada także twarz. A więc i historię, choć nie wszyscy będą mieli okazję podzielić się nią na scenie.
Z natłoku wywiadów wybrano jedynie parę rozmów (trzecim autorem tekstu i dramaturgiem był Grzegorz Niziołek). Zanim jednak zostają zaprezentowane, widzów czeka seans mowy nienawiści w formie mszy na opak. Publiczność zostaje usadzona na trybunach umieszczonych na scenie. Nie uczestniczy w nabożeństwie, lecz przygląda się mu z dystansu. Przestrzeń działa swoim monumentalizmem - wrażanie robi podświetlona czarna ściana tyłu sceny z widocznymi śladami użytkowania. Wnętrze kościoła zostaje zasugerowane prostymi, solidnymi, drewnianymi przedmiotami: ołtarzem, kazalnicą i ławkami (scenografia Agaty Baumgart). Ksiądz (Paweł L. Gilewski) przemawia słowami Jacka Międlara, naśladując jego pełen pasji i agresji ton z Marszów Niepodległości, wierni czytający Pismo przywołują cytaty z forów internetowych, przemówień Jarosława Kaczyńskiego i tekstów Oriany Fallaci, za kazanie służy zaś homilia księdza Romana Kneblewskiego z bydgoskiej parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa. Każde słowo przesiąknięte jest nienawiścią, największe wrażenie robi jednak pełna wyzwisk litania Polaków do muzułmanek śpiewana na melodię psalmu. We mszy uczestniczą "zwykli" obywatele i chłopcy ubrani w odzież "patriotyczną". Tylko jedna kobieta (Magdalena Celmer) ma problem z nabożeństwem. Wierci się na ławce, łapie się za głowę. W końcu nie wytrzymuje i wychodzi z mszy. 
W następnej scenie zamienia się w dziennikarkę, alter ego reżyserki, która wraz z reportażystą (Michał Podsiadło) zaczepia parę kobiet pod Teatrem Bataclan (Beata Bandurska i Martyna Peszko). Łamaną francuszczyzną próbuje porozumieć się z rozmówczyniami i dowiedzieć się o ich stosunku do wydarzeń z 2015 roku, o nastrojach w dzielnicy. Wywiad filmowany jest kamerą, jej tło stanowi projekcja na metalowej kurtynie odgradzającej scenę od widowni przedstawiająca fasadę teatru i barierki ustawione przed nią. Ten medialny aspekt jest ważnym elementem spektaklu. Zainscenizowane sceny przeplatają się z fragmentami wywiadów puszczonych na wideo, żadna informacja nie istnieje bez kontekstu, lecz wędruje po różnych mediach. Drugą rozmówczynią jest lefebrystka (Bandurska), konserwatywna chrześcijanka, która gratuluje Polakom ich postawy w walce z islamem (rozmowa odbywa się na tle fasady kościoła). Oba wywiady są gęste, także ze względu na ich temperaturę emocjonalną, i to mimo teatralnego cudzysłowu i obecności kamery. Pierwszy zadziwia beztroską paryżanek, drugi zaś zaciekłością i nieskrywaną nienawiścią (na koniec rozmowy aktorka zwraca się do widowni i ściska ręce w geście podziękowania za niezłomność).
Po przerwie nie udaje się już niestety przywrócić energii pierwszej części i skumulowanego tam napięcia. Rozmowa z liderami marginalnej na mapie politycznej Belgii partii Islam (Maciej Pesta i Paweł L. Gilewski) zainscenizowana jest w formie telewizyjnego talk show, którego rytm wyznaczają gongi jak w meczu bokserskim i zamiana miejsc w narożnikach wyimaginowanego ringu. Ostatni wywiad to rozmowa z przedstawicielami Związku Organizacji Islamskich we Francji (Mirosław Guzowski i Konrad Wosik). Zamienia się ona w rodzaj konfrontacji między Polakami, przyłączającymi się do pytań dziennikarzy, a muzułmanami siedzącymi po drugiej stronie sceny za wysokim stołem (pełniącym wcześnie rolę ołtarza). Rozmowa ta pokazuje absurd krajowej islamofobii - skumulowaną nienawiść wobec obcych przy odsetku muzułmanów w Polsce oraz brak zrozumienia toczącej się na Zachodzie wielowątkowej dyskusji na temat islamu. 
Drugiej części brakuje nie tylko mocnego otwarcia, ale też oddechu. Daje go choćby występ Ajmana (Podsiadło), polskiego rapera arabskiego pochodzenia. Zaraz po mszy ciężka kurtyna oddzielająca scenę od widowni podnosi się. W oparach dymu, przy głośnych dźwiękach orientalnych bitów pojawia się młody chłopak z czapką z daszkiem i rozpuszczoną arafatką. "Ciapaty patriota", jak sam siebie nazywa, przechwytuje mowę nienawiści, rapując o swojej podwójnej polsko-arabskiej tożsamości. Niepokojąco brzmią jednak jego słowa o kobietach (obok niego wije się zalotnie dziewczyna - Magdalena Celmer) wpisujące się w mizoginię polskiego hip-hopu. Po tej krótkiej wstawce z Internetu, zainscenizowanym w przestrzeni offline teledysku z YouTubea, wracamy jednak do "poważnych" rozmów.
W finale przedstawienia niedosyt historii łączy się z uczuciem przesytu - świadomość złożoności tematyki miesza się ze zmęczeniem materiału po prawie trzech godzinach intensywnych wywiadów. Epilogiem spektaklu jest na wpół osobisty monolog Martyny Peszko. Próbuje ona streścić to, co nie zmieściło się w spektaklu, między innymi relację z wizyty w łaźni kobiecej, historię dobrego księdza z Paryża. Prawie każdy fragment wypowiedzi kończą słowa "i tak dalej". Całość zostaje zaś podsumowana pełną rezygnacji frazą: "Nie wiem co mam wam jeszcze powiedzieć". Ten finał może dziwić, gdyż jest swego rodzaju szantażem emocjonalnym. Peszko mówi z trudnością, ze ściśniętym gardłem, prawie powstrzymując się od płaczu. Scena ta mocno kontrastuje z chłodem reszty spektaklu, który raczej prezentuje z dystansem sceny do oglądania niż zakłada pełne uczestnictwo. 
Pod względem teatralnym spektakl Katarzyny Szyngiery jest dość zachowawczy, a może raczej ostrożny wobec medium teatru, w szczególności zaś jego krytycznego potencjału. Nie znaczy to jednak, że twórcy nie mają ambicji politycznych. Traktują teatr jak alternatywne miejsce wobec nastawionych na newsy i łatwy przekaz mediów, sondują poziom debaty publicznej w kraju, wprowadzają temat radykalizmu, strachu, medialnego zapośredniczenia informacji, instrumentalnego traktowania religii, peryferyjnego miejsca Polski na mapie globalnych problemów, w końcu zaś - niewiedzy dotyczącej islamu. "Co można jeszcze powiedzieć - zdają się pytać twórcy - by przeciwstawić się medialnym manipulacjom?". Mając świadomość, że sam temat rozsadza ramy spektaklu, próbują przebić się z własną wypowiedzią w jednej z najważniejszych obecnie dyskusji światopoglądowych. Uświadamiają nam jej paradoksy: prostotę stereotypów i złożoność rzeczywistości, nadmiar opowieści a jednocześnie niedosyt informacji.

Marcin Bogucki


Katarzyna Szyngiera i Mirosław Wlekły BÓG W DOM. Reżyseria: Katarzyna Szyngiera, dramaturgia: Grzegorz Niziołek, Scenografia: Agata Baumgart, muzyka: Damian Pielka, wideo: Szymon Kluz. Premiera w Teatrze Polskim w Bydgoszczy 25 lutego 2017.