23. edycja (2016/2017)

Znikająca historia

recenzja spektaklu Historia znikania

Kto widział miniserial HBO "Olive Kitteridge", wie, jak pięknie można dorosłym pokazać melancholię. Jest wietrznie, i chłodno, i pięknie, a każdy z mieszkańców miasteczka w Nowej Anglii rozważa od czasu do czasu, czy nie lepiej byłoby nie być. Jeśli jest serial o smutku, o tym czymś, co niektórym ludziom nieustannie barwi życie, o utracie, która przychodzi z każdym wyborem, to jest to właśnie on. 
A w kieleckim Teatrze "Kubuś" byłam na przedstawieniu o utracie - dla dzieci.
To wcale nie jest oczywiste. Napisana (i wyreżyserowana) przez Krzysztofa Popiołka sztuka to opowieść z gatunku smutnych, z gatunku "nie-komiks", "nie: riposta goni ripostę", "nie-kreskówka". Nie ma kaczuszek i nie ma piesków, nie ma lasu i nie ma ożywionych przedmiotów. Jest chłopiec, jego mama i brak taty. 
Zaczyna się piękną animacją autorstwa Anny Wołoszczuk-Banasiak o dziewczynce, która nie mogła urosnąć, choć wokół niej rosło wszystko - miasto, domy, ludzie. Aż w końcu zakochała się w chłopcu na rowerze i urosła, żeby go odnaleźć. Nie odnalazła, ale dowiedziała się czegoś o sobie. Że jest już za duża na to miasto (kto ze słoików - warszawskich czy londyńskich, czy nowojorskich - tak nie miał?) i musi z niego odejść, choć cząstkę zabierze ze sobą do plecaka. 
A w scenicznym realu wejdziemy w świat jej syna - chłopca, którego opuścił tata. W pierwszej scenie męczy mrówki. Hoduje je, bo dziwi się, że potrafią tak sobie odejść i zastanawia się, czy tęsknią. Dlaczego odchodzą? Nachodzi widza ta myśl, co podczas oglądania filmów przyrodniczych z głosem Krystyny Czubówny w tle - faktycznie, coś w tym jest, my mamy tak samo jak te lwice i owady!
Potem pojawia się mama: elegancka, nonszalancka jak klasa średnia z Saskiej Kępy, beżowe spodnie, płaskie buty, na to sztuczne futerko - która z kolei fascynuje się motylami, jakby sama chciała odfrunąć z za dużego, uwierającego ja domu. Mama jest smutna, smutniejsza niż syn, pełna jakiegoś niespełnienia. I to chyba najbardziej przekonało mnie do tego spektaklu. Pokazanie mamy, która sobie nie radzi. Która udaje, że sobie radzi, która kupuje bzdurne motylki, zagaduje pustkę, chce przemeblować dom, zmniejszyć mieszkanie, jednocześnie zostać w tej przestrzeni i się z niej uwolnić. Jeśli na coś czekam, to na spektakl, który pokaże taką mamę i dzieci smutnych mam, ich drogę, ich walkę o uśmiech, o niebranie Xanaxu. To mnie w tej opowieści urzekło: rodzaj szczerości, próby napisania psychologicznej raczej niż baśniowej opowieści dla dzieci.
Problemem jest jednak opowiadanie tej historii. Tkwi w samym sposobie budowania sytuacji, dialogów - ma się wrażenie, że tych dwoje sympatycznych ludzi, zamiast rozmawiać o konkretach, ma za zadanie rozmawiać o metaforze, ogólnikach, ilustrować to, co sensem powinno być ze zdań i relacji wynikającym, a nie w nich literalnie zapisanym. 
- Trzeba iść po tatę. Trzeba go znaleźć. 
- Szukałam go bardzo długo. Wiele lat go szukałam. Szukałam i nie znalazłam. 
- Nie wolno przestawać szukać, dopóki nie znajdziesz. Jeśli ci bardzo zależy. 
- Nie znalazłam. Nie mam już siły 
- Nie wolno przestawać iść, nie wolno. 
No, troszkę pachnie to Coelho, troszkę Jonem Fosse wersja dla dzieci, a na scenie bywa podwójnie męczące, bo ciężko znaleźć sposób mówienia dla takich zdań. 
Metafora Trójki z Plecakiem - Chłopaka, Osobnika 2 i Osobnika 3 jest mętna. "Widocznie jest zima/skoro nie widać wiosny", mówią bohaterowie, "nie męcz mnie/jestem zmęczony/idziemy". Ci ludzie, kombinuję sobie, mają być metaforą zagubienia. I po raz kolejny pojawia się ten problem: rozpisania, wstawienia metafory w środek tekstu, który kompozycyjnie wydaje się takim właśnie ciągiem metafor: miasta z animacji, mrówek z monologu, motyli z dialogu, rozmów Trójki z Plecakiem. Tymczasem to, co mnie ożywiało najbardziej, to właśnie rozmowy mamy i syna, ich relacja, wspólne życie bez. Bez taty, radości, celu, sensu. Przypominało mi to wystawioną niedawno w Teatrze Miniatura "Kasieńkę" Sarah Crossan - zapisany w formie poematu pamiętnik nastoletniej Polki wyruszającej z mamą na poszukiwanie taty, który zniknął w Anglii. W tej książeczce jednak konkret buduje opowieść - ja, moje doświadczenie, bez prób doklejenia piętnastu innych metafor. To życie Kasieńki staje się metaforą. 
Enigmatyczne jest też zakończenie "Historii znikania" - nagle, bum, pojawia się tata, wszyscy "poszli razem szukać nowego domu/ I nigdy już się nie rozstali". A przecież tu był przed chwilą wielki życiowy kłopot, dziecko w żałobie, porzuceni ludzie, facet, który zrezygnował! Nijak nie jest to wyjaśnione. I tego bardzo, bardzo brakuje. Bo czy brak można opisać po prostu pominięciem tego wątku? Jak nie ma taty - to w przebiegu nic o tacie nie mówimy? A jak wraca, to przyjmujemy go z otwartymi ramionami? A gdzie chęć przejechania go walcem - którą ma się wobec ludzi, którzy byli blisko, a skrzywdzili?
Jest to przykład spektaklu, który jest nieźle zrealizowany - na tej maciupkiej scenie wszystko działa, scenografia jest elegancka, aktorzy zaangażowani - ale ten inicjalny problem: braku dziania się, precyzyjnego rozpisania relacji, uciekania w poetyzowanie jest widoczny. Obejrzało się tę historię, rodzaj atmosfery pozostał, ale chciałoby się więcej, chciałoby się wiedzieć, jak, dlaczego, po co. Czekam na więcej. "Historia znikania" to piękny pomysł i kierunek, remedium na rozchichotane kreskówki przeniesione na scenę. 
Anna Wakulik


Krzysztof Popiołek HISTORIA OBRAZU. Reżyseria, opracowanie muzyczne i montaż obrazu: Krzysztof Popiołek, scenografia i animacja poklatkowa: Anna Wołosiuk-Banasiak, kostiumy: Piotr Popiołek. Premiera w Teatrze Lalki i Aktora "Kubuś" w Kielcach 7 maja 2016.