23. edycja (2016/2017)

Śmiech, groza, smutek

recenzja spektaklu Pomnik

Geneza tego spektaklu wygląda jak dzieje jakiejś zwariowanej kontrabandy: tam i z powrotem przez granicę. Najpierw Mariusz Szczygieł opisał Czechom ich świat, dając krainie nazwę Gottland, nie od jakiegoś tam Herr Gotta tylko od Gotta Karela, najulubieńszego rozrywkowego tenorka demoludów. Książka polskiego reportera była, jak słuch niesie, wielkim sukcesem nad Wełtawą. Także i u nas była nader poczytna, więc próbowały za nią brać się teatry, ale nie odniosły większych sukcesów ani Joanna Zdrada w Chorzowie, ani Kasia Adamik w warszawskim Studio. Dopiero Jakub Krofta, czeski szef artystyczny Wrocławskiego Teatru Lalek skutecznie zawezwał zza Karkonoszy pobratymców, Jiřego Havelkę i Marka Zákosteleckego, tu jako scenografa, choć poznaliśmy go też jako reżysera (kapitalna inscenizacja "Węża" Marty Guśniowskiej). Bracia Czesi wzięli się żwawo za prezentowanie opowieści polskiego autora o kawałku czeskiej historii współczesnym polskim widzom. Czyż nie piękna symbioza?

Znawcy polsko-czeskich transgranicznych dróżek wiedzą doskonale - co najmniej od spotkania z dobrym wojakiem Szwejkiem - że nie ma lepszego tonu do mówienia o nadętej głupocie niż niezmącona powaga. Niż udawanie wiary, że wszystko toczy się w ramach żelaznej i niepodważalnej logiki dziejów, a kolejne absurdy to oczywiste oczywistości. Groza i wariactwo wychodzą wtedy same. Takim właśnie trybem Mariusz Szczygieł relacjonuje dzieje budowy w latach czterdziestych-pięćdziesiątych w Pradze największego na świecie pomnika Józefa Stalina. Pomysł rzucił któryś z komunistycznych rządców Czechosłowacji. Pozostali towarzysze nie mieli wyjścia, musieli koncept podjąć i go eskalować, cóż z tego, że do szaleństwa? Przecież żaden nie mógł kochać generalissimusa mniej. Rozkręcała się i odlatywała w absurd licytacja serwilistycznych pomysłów, bo gorliwość w tej kwestii miała bezpośrednie przełożenie na notowania w aparacie władzy i to w trybie być albo nie być. Rzeźbiarze mieli jeszcze gorzej: piętno przegranego mogło stygmatyzować artystę na całe życie. Wszyscy do upadłego walczyli o miejsce w komisji konkursowej, jedyny bezpieczny azyl. Chętnych do projektowania nie było. Artystę, który się zdecydował, Otokara Šveca, czekała gehenna: wieloletnie stawianie czoła na przemian służalczości i panice partyjnych urzędasów. Co Szczygieł relacjonuje z ową Haškową powagą, kreśląc sceny homerycko śmieszne. Gdy jednak okazuje się, że najpierw żona rzeźbiarza, potem on sam popełnili samobójstwo, ponieważ napięcie było już nie do wytrzymania - odechciewa się śmiać.

Havelka i Zákostelecký zbudowali widowisko z nieustannego kontrapunktowania patosu i tandety. Grali proporcjami: gdy Tomasz Maśląkowski, mając z wizerunku Stalina tylko olbrzymie, krzaczaste brwi, stawał na stole sięgając głową niemal sufitu małej sceny Wrocławskiego Teatru Lalek, efekt absurdalnej gigantomanii był obśmiany radośnie i skutecznie. Gdy potem przed pomnikiem defilowały setki obywateli komunistycznej Czecho-słowacji, ich czarnobiałe sylwetki, jakby wycięte z dawnego "Rudeho Prava", naklejone na dyktę i ciągnięte sznurkiem, były parciane jak cały obraz tamtych czasów i jego propaganda. Czy jednak czołgi-zabawki, też były tylko niepoważne? Grały rekwizyty: królem wśród nich był czarny aparat telefoniczny i jego słuchawka. Dzwoniący w tych scenach zdawali się jedynie doczepką do władczego ebonitu. Aktorzy grali mocną kreską, nie stroniąc od groteski i karykatury, Tomasz Maśląkowski i Radosław Kasiukiewicz bawili się też stereotypem głupiego i pysznego dygnitarza w konfrontacji z zastrachanym, ale sprytnym inteligentem. I jak zawsze przy polsko-czeskim spotkaniu, pod jowialnym humorem kryły się całe pokłady najpierw realnej grozy, później melancholii.

Ambiwalencję przerażenia i śmiechu podszytego smuteczkiem Havelka z Zákosteleckým mistrzowsko utrzymali przez całą, godzinną groteskę, wystrzegając się tak moralizowania, jak i często dziś spotykanej, idiotycznie taniej nostalgii za przaśnymi gottlandami. Obraz zdawał się wyrazisty i jednoznacznie przekonujący w swojej wymowie. Czy jednak przekonał tych, którym taka perswazja byłaby najbardziej potrzebna? Z goryczą muszę przytaknąć refleksji Jolanty Kowalskiej z recenzji dla portalu "Teatralny.pl": młoda widownia, do której tę opowieść o absurdzie niedawnej historii przygotowano, patrzyła na nią z pełną niedowierzania obojętnością. Ze zdziwionym wzruszeniem ramionami. Do tego stopnia stalinowski strach ani przez chwilę nie mieścił się w jej horyzoncie poznawczym. Do tego stopnia opisane tam mechanizmy nie pasowały do jakiejkolwiek możliwej do wyobrażenia realności, nawet przy krańcowym wytężeniu imaginacji. To całkiem niezły, myślę, komplement wystawiony - mimochodem - minionemu ćwierćwieczu wolności. Ale i ostrzeżenie. Dowód braku naturalnej bariery immunologicznej, która by broniła młodych współobywateli, nie przed stalinowskim terrorem, bez przesady, takiego zagrożenia nie ma. Ale przed kulcikiem jednostki, tym razem nie zbrodniczej a jedynie nikczemnej. Przed serwilizmem i oportunizmem społecznym. Przed dzieleniem życia na oficjalne i prawdziwe, przed odbębnianiem państwowotwórczych rytuałów u stóp kolejnych pomników ścigających się w monumentalnym patosie.

Stojąc swego czasu nad Wełtawą patrzyłem na monstrualne fundamenty pomnika Stalina, na których stukało ramię olbrzymiego metronomu, i myślałem sobie, że to najwspanialszy monument wystawiony przez naszą wolność komunistycznej niewoli. Bez nim krzty nienawiści, rewanżyzmu. Tylko metafora i memento. Ale Szczygieł, a za nim Wrocławski Teatr Lalek dopisuje jeszcze pointę pointy. Otóż bywa, że owo bijące takt ramię czasu wstrzymuje miarowy ruch. Z przyczyn prozaicznych: sponsor nie zapłacił za prąd. Szwejk by się uśmiechnął.

 

Jacek Sieradzki