23. edycja (2016/2017)

Ręka z nieba

recenzja spektaklu A niech to czykolada

 

W strasznie smętny świat zaprasza nas warszawski Teatr Baj. Rytm życia krainy zwanej Zylirią (Szekspirowska Iliria na opak?) wyznaczają Zjawienia, właśnie takie przez wielkie „Z”. Co pewien czas niebo nad miasteczkiem rozdziera rozbłysk światła, spuszcza się z góry wielka Ręka i zostawia na głównym placu Rzecz. Może zegarek, może pierścionek albo bransoletkę nadnaturalnej wielkości. Potem pojawia się znowu i odbiera przedmiot. Wszystko przebiega z dającą się przewidzieć regularnością. Zjawienia stają się czasem świątecznym, do którego ludność Zylirii wraz z licznymi turystami przygotowuje się starannie, sprząta obejścia, szykuje uroczyste stroje lub kostiumy do występów, próbuje obstawiać u bukmacherów, co spłynie z nieba tym razem. Uruchamia się karnawałowe szaleństwo. Ale potem następuje długa i beznadziejna Pustka Bez Rzeczy. Paweł Beręsewicz opowiada to niby pogodnie – że żyjąca
z turystyki Zyliria jest bogata dzięki Zjawieniom i po prostu nikt tu nie musi się niczym konkretnym trudnić; teatr lojalnie wobec autora próbuje inscenizować fabułę wesoło i z wigorem. Aliści wigor jest sztuczny, wymyślne stroje aktorów smutne, lalki też jakoś osowiałe. Bo może, żeby nawet fikać koziołka za koziołkiem, nie da się dobrze bawić opowieścią o z lekka żałosnej społeczności, całą egzystencję opierającą na tym, co jej niewiadome siły z nieba spuszczą łaskawie na chwilę do zabawy – i rychło zabiorą.

Młodym to doskwiera i dzielny junak organizuje sabotaż. Szykuje zastęp gotowych na wszystko fachowców, którzy za którymś Zjawieniem błyskawicznie przygotowują duplikat Rzeczy i ową kopię podsuwają Ręce, przywłaszczając oryginał. Junak oczywiście zostaje bohaterem narodowym. Co prawda Ręka przestaje się pojawiać, ale Zyliryjczycy i Zyliryjki szybko uczą się organizować sobie epifanie na własny rachunek: odpowiednie warsztaty w ścisłej tajemnicy produkują nową Rzecz, w określonym dniu helikopter wiezie ją nad rynek, opuszcza na linie. Burmistrz autorytatywnie odwołał Pustkę, trwa niekończący się karnawał. Aż kiedyś niebo znowu się otworzy i zdarzy się… co? Nie wiemy, w teatrze zdarza się przerwa i wychodzimy do foyer.

Po przerwie jesteśmy już zupełnie gdzie indziej. Nieszczęśliwy prestidigitator, niejaki Bombalini opowiada swoją historię. Uprawiał z sukcesem sztuki magiczne, ale przecież nie chciał być jedynie magikiem. Chciał być czarodziejem. Prawdziwym. Zrządzeniem losu zdobył czarodziejski cylinder, taki do którego wkłada się wzięte od widzów drogie przedmioty i one tam niby sobie znikają, by pod koniec występu dać się z powrotem w cylindrze „wyczarować”. Tyle, że szapoklak Bombaliniego nie miał na dnie zwykłej skrytki iluzjonistów. Miał na dnie niebo Zylirii. Jakim sposobem? A to proszę już do autora z takimi pytaniami. W każdym razie dowiadujemy się, iż to sztuczki magika były – w tamtym świecie, gdzie czas inaczej płynął – Zjawieniami. A owo buntownicze przywłaszczenie jednej z Rzeczy nieszczęsny czarodziej opłacił wolnością: oskarżono go o zwykłą kradzież i poszedł siedzieć. W więzieniu pozwolono mu popisać się sztuczkami, co wykorzystał, by zbombardować świat z dna cylindra tym, co akurat miał pod ręką: czekoladkami z jakiej bombonierki. A trzeba trafu, że czekolada, pardon, czykolada była najbardziej zgubną i wyklętą substancją w Zylirii. Dlaczego, nie będę już opowiadał, bo i tak wszyscy za chwilę dostaniemy kręćka.

Jest coś fascynującego w tej kompletnie odjechanej opowieści, której, wolno podejrzewać, patronuje gdzieś z przeszłości prapradziadek Jonathan Swift, przytakuje kuzyn Lewis Caroll, a z bliższych krewnych kiwa głową z aprobatą wuj Sławomir Mrożek. Zyliria kreślona jest z uśmiechem, ale takim, rzekłoby się, bezlitosnym. Łącznie z tutejszym Instytutem Badań nad Rzeczą pochłaniającym spore fundusze, by za każdym razem oświadczać, że jest już o krok od odkrycia prawdy o mechanizmie generującym kolejność Zjawień. Łącznie z, co tu dużo mówić, upokarzającym zwyczajem przyjmowania imion z inspiracji napisami na kolejnych gadżetach. Zyliryjskie dzieci nazywają się Taciejan, Twojak, a główny bohater Ole, co – jak się dowiadujemy później – wzięło się stąd, że pierwszą Rzeczą był rolex, trochę niestety już przechodzony, z wytartym firmowym napisem. Smak strasznie gorzkiej czykolady mogłyby mieć te obrazy. Ewa Piotrowska, szefowa artystyczna Baja, nie idzie w tę stronę, okrasza fabułę rytmicznymi piosenkami, dba wraz ze scenografką, Katarzyną Proniewską-Mazurek o efektowny kształt plastyczny, zwłaszcza owej przemożnej ręki w kraciastej marynarce spuszczającej się z nadscenia i przebierającej palcami, aby położyć, czy podnieść Rzecz. Ale przez to opowieść niejako traci swój cel, staje się jedynie wariantem przypowieści o Liliputach, nieco, by tak rzec, kapryśnym pod względem ścisłej logiki, acz, nie przeczę, niezwykłym i pociągającym. Za to rozwiązanie zagadek jest już mocno niepociągające i opowieść maestro Bombaliniego dłuży się niepomiernie, mimo że lwiowłosy Robert Płuszka wychodzi z siebie, żeby wlać w nią widowiskową atrakcyjność.

Trochę, bądźmy szczerzy, dla nikogo jest ta opowieść. Nie znam się na dzieciach, ale niezbyt wierzę w liczną armię ośmiolatków, które obejrzą trzykwadransową dziwaczną bajkę, pójdą pohasać na przerwie, a potem zajmą się intelektualnym dopasowywaniem przedstawianych im nowych danych z zupełnie innego porządku do tego, co obejrzały. Starsza młodzież mogłaby się tym może zabawić, ale zdążyła już z bajek wyrosnąć; dorośli, których mogłaby oszołomić zakręcona wyobraźnia Pawła Beręsewicza, ufnie i ciekawie (w pierwszej części) przez teatr podana, nie zajrzą przecież do Baja na spektakle o jedenastej rano. Wygląda na to, że Ewa Piotrowska uruchomiła całe to skomplikowane i rozbudowane widowisko wiedziona nade wszystko własną, widoczną fascynacją wobec opowieści, bez specjalnego myślenia o jej adresacie. Jeśli tak, byłaby to dosyć ryzykowna taktyka dyrektorska. Nie ma się co jednak srożyć w tej sprawie, skoro nie ulega wątpliwości, że w konkursie na najoryginalniejszą krainę teatralną sezonu Zyliria byłaby w najściślejszej czołówce stawki.

  Jacek Sieradzki

 

Paweł Beręsewicz A NIECH TO CZYKOLADA! Adaptacja: Roksana Jędrzejewska-Wróbel, reżyseria: Ewa Piotrowska, scenografia: Katarzyna Proniewska-Mazurek, muzyka: Wojciech Błażejczyk. Premiera w Teatrze Baj w Warszawie 3 grudnia 2016.