24. edycja (2017/18)

Kochajmy wiedźmy

recenzja spektaklu Hokus pokus, czary mary... i Król

Opolski Teatr Lalki i Aktora stawia na świeży repertuar – i ewidentnie na tym wygrywa. W bieżącym sezonie odbyły się tam już dwie prapremiery; niedawno przeznaczona dla dorosłego widza Tancerka na podstawie inspirowanego prozą Olgi Tokarczuk tekstu Artura Pałygi, wcześniej zaś dziecięce Hokus pokus, czary mary... i Król, oparte na nowym tekście Marty Guśniowskiej. Guśniowska, ostatnimi laty wraz z Maliną Prześlugą monopolizująca polski teatr dla dzieci, cierpi w swoim pisarstwie na syndrom krótkodystansowca podchodzącego do maratonu: startuje fantastycznie, z energią i w nietuzinkowym stylu, ale nie zachowuje sił na środek trasy i finał. Hokus pokus... także nie unika błędu innych jej tytułów (dość powiedzieć, że zawiązanie głównej akcji ma miejsce tuż przed połową dramatu) i rozsypuje się w szereg fragmentarycznych scen, bardziej lub mniej niechlujnie poklejonych epizodów, służących wypełnieniu tez z fabularnego założenia – ale po pierwsze punkt wyjścia jest tu znacznie bardziej nośny niż gdzie indziej, po drugie zaś, co ważniejsze, realizacja Pawła Aignera jest tak żywa, że nie tylko zasłonić potrafi niedostatki dramatu, ale i dodaje do zawartych w nim powracających motywów i gagów wiele innych, pogłębiając konstrukcję scenicznego świata. Sam fabularny przebieg jest tu przewrotny: wydawać by się mogło, że wiodącą historią jest inicjacyjna podróż osieroconego Królewicza, mająca przynieść mu mądrość konieczną do objęcia tronu jego królestwa – poznajemy zresztą losy trzech pokoleń rodziny królewskiej. Jednak równorzędna, a w praktyce znacznie ważniejsza, okazuje się być opowieść o jego matkach chrzestnych, trzech Wróżkach z Lawendowego Wzgórza (i nie wątpię, że nawiązanie do tytułu pięknego filmu Charlesa Dance'a jest tu zamierzone). Jak to u Guśniowskiej bywa, Wróżki poznajemy już kiedy lawenda zwiędła, a one zgorzkniały, stając się Wiedźmami z Łysej Góry. Zamiast warzyć eliksiry i rozdawać je w darze okolicznym mieszkańcom, skupiają się na wzajemnych kłótniach, polowaniu na mole – i przede wszystkim poszukiwaniu przepisu na eliksir młodości, którego potrzebują oczywiście dla siebie samych. Są tak zaaferowane własnymi sprawami, aż zapomniały, że wplątane zostały w wychowanie Królewicza. Kiedy wreszcie pojawią się w zamku, Królewicz okaże się zdziecinniałym (czy może: nigdy nie dorosłym) staruszkiem, który czekał na nie przez wszystkie lata od śmierci ojca. Jedna z Wiedźm decyduje się wypełnić dawną obietnicę i rusza z nim w podróż, choć wie, że bez eliksiru może nie doczekać jej końca. Takich autentycznie poruszających momentów jest w Hokus pokus... więcej – spektakl jawi się dzięki nim opowieścią o samotności i przemijaniu, a zaczerpnięty z estetyki fantasy quest Królewicza jest tylko protezą konieczną dla pokazania wartości wspólnoty i empatii. W czasie, kiedy stary Królewicz dojrzewa i zyskuje umiejętności potrzebne władcy, jego matka chrzestna młodnieje i budzą się w niej uczucia z czasów, kiedy była jeszcze Wróżką. Spektakl unika przy tym taniej czułostkowości – dialogi są bystre i miejscami ostre, nawiązujące do sposobu prowadzenia narracji dla młodego widza, jaki rozpowszechnił pierwszy Shrek. Uważny dorosły widz wyłowi z padających ze sceny kwestii i kilka nieprzeznaczonych dla dzieci mrugnięć okiem, i komentarze do bieżącej polityki, i autocytaty, świadczące o samoświadomości Guśniowskiej, piszącej kolejne sztuki jedna za drugą. Motywy pojawiające się niby mimochodem w dialogach znienacka znajdują swoje dowcipne uzasadnienie w późniejszych scenach, jak kiedy ucieleśnia się żart z zamianą Kowala i jego klaczy na rozumy. Dramatopisarka nie oszczędza swoich bohaterów, pozbawiając na przykład zaprzyjaźnioną z Karczmarką kurę Ofelię nóg, kiedy trzeba nakarmić gości. Bajka nie bajka, nie ma taryfy ulgowej. Cały przebieg rozpisany jest na czwórkę aktorów, którzy dwoją się i troją, utrzymując niezmiennie galopujące tempo przedstawienia, a przywdziewane przez nich kostiumy i mnożone w kolejnych epizodach podróży Królewicza formy lalkowe przywodzą na myśl imaginarium Burtonowskiej Alicji w Krainie Czarów. Szczególną uwagę warto zresztą poświęcić warstwie plastycznej spektaklu. Coraz rzadziej – również w teatrze młodego widza – widuje się przedstawienia realizowane w pełnej scenografii, a w Hokus pokus... Pavel Hubička zaaranżował całą przestrzeń sceny, od podłogi po elementy zwieszone ze sztankietów, znajdując w swoim projekcie równowagę między klasycznymi dekoracjami przedstawień dziecięcych, a pasującą do tekstów Guśniowskiej estetyką zniszczenia, rozpadu. Miejsca, w których znajdują się bohaterowie to w gruncie rzeczy rudery, ruiny świata dawnych bajek – ale równocześnie ich forma i dobra energia, jaką wypełniają je aktorzy, powodują, że to rudery, w których chce się przebywać. Baśniowość miesza się tu z codziennością, piękno z turpizmem, łagodność z dosadnością. Rama, w której Narrator (jak się okaże – wnuk Króla) opowiada bajkę o Wiedźmach jest nieustannie łamana ich wtrętami: teraźniejszość i decyzje podejmowane na bieżąco liczą się w tej historii znacznie bardziej niż rozpamiętywanie, co było „dawno, dawno temu”. Mądra to rzecz i – tak, jak nie jestem wielkim entuzjastą sztuk Marty Guśniowskiej – oglądałem ją z niekłamaną przyjemnością, świetnie się bawiąc i kilka razy (choć kto wie, czy nie w zgoła innych miejscach niż dziecięcy widzowie) wzruszając. Marzy mi się po cichu wersja tego spektaklu skrojona pod dorosłą widownię: nie przycięta do obowiązkowej godziny, trwająca dość długo, żeby pozwalający na głęboką prezentację bohaterów rytm początku przedstawienia mógł znaleźć swoją kontynuację i w dalszym jego, w tej chwili traktowanym nieco po łebkach, przebiegu. Tym niemniej i tak Hokus pokus... jest jak dotąd jedną z ciekawszych propozycji teatru dla dzieci w tym sezonie. Życzyłbym temu spektaklowi częstych wyjazdów festiwalowych, bo nie wątpię, że mogłyby zakończyć się sukcesami. A opolski Teatr potwierdził, że warto go w jego poczynaniach obserwować.

Adam Karol Drozdowski