24. edycja (2017/18)

Zagłuszanie historii

recenzja spektaklu Feinweinblein. W starym radiu diabeł pali.

„Pani pyta jak to jest wejść do cudzego domu i brać co popadnie? To ja Pani powiem, że lepiej jak do skarbca, bo ze skarbca nic nie można brać, a tu się wchodzi i bierze co się chce. Jak w bajce!”. Oparty na sztuce Weroniki Murek „Feinweinblein” z Teatru Współczesnego w Szczecinie w reżyserii Katarzyny Szyngiery jest przejmującą opowieścią o upadłym świecie, w którym podłą i byle jaką teraźniejszość, niczym senny koszmar nawiedzają demony tragicznej przeszłości.  Agata Baumgart tworzy na scenie intrygujący świat w budowie, przypominający gigantyczną makietę, czy też prowizoryczną scenografię wykonaną ze sklejki albo kartonu. Jesteśmy w powojennej Polsce, trwa wielka odbudowa – w sporej mierze ufundowana na majątku przejętym po Żydach i Niemcach. W tym świecie radiowy odbiornik staje się fetyszem, synonimem luksusu, wrotami do innego „lepszego świata”. Ramę szczecińskiego spektaklu nie przypadkiem stanowi więc audycja radiowa o śmierci i sposobach jej oswajania, za pomocą zielarstwa i ludowej ekonomii, z udziałem jednej tylko, przypominającej wyrzut sumienia Słuchaczki (intrygująca Joanna Matuszak). Powracające motywy muzyczne, świadectwa, opowieści, wspomnienia i szumy nakładają się na siebie, podobnie jak sceniczne plany, przestrzeń i czas. Spektakl tworzy w pewnym sensie bliski tekstowi Weroniki Murek kolaż, czy raczej kłębowisko, sceniczny palimpsest – wielowarstwowy, fragmentaryczny, a jednocześnie szalenie sugestywny.Katarzyna Szyngiera w ślad za autorką ukazuje okrutny, barbarzyński, pierwotny świat, zamieszkiwany przez upadłych, chciwych i byle jakich bohaterów, którzy za tytułowy radioodbiornik, jak za każdy materialny strzęp dobrobytu, zdolni byli i są do najobrzydliwszych czynów. Bez względu na narodowość czy historyczne doświadczenie. Rodzina Knauerów (Magdalena Myszkiewicz i Robert Gondek) za radio i pięć marek oddała nazistom na medyczne eksperymenty niepełnosprawnego umysłowo syna. Odziany w pożydowskie zapewne futro lokalny cwaniaczek, powściągliwie odpychający Świetlicowy (Arkadiusz Buszko) wraz z marzącą o lepszym życiu Świetlicową (znakomita Magdalena Wrani-Stachowska), z rozrzewnieniem wspominają wojnę, na której „przynajmniej coś się działo” i można było zarobić. A zaprzysięgły wróg Adenauera, zajęty pisaniem donosów neurotyczny Petent w wykonaniu Macieja Litkowskiego, tylko czeka, żeby wyszabrować coś po samobójczej śmierci dościgniętej poczuciem winy Knauerowej.  Wszyscy oni boleśnie doświadczeni, zainfekowani śmiercią, upadli przez wojnę – jak Świetlicowa w przerażającej mechaniczną zwyczajnością scenie gwałcona przez żołnierzy (ale oni potem przynajmniej przynieśli jej jabłka, przez cały spektakl zachłannie przez nią podgryzane) – w gruncie rzeczy budzą litość. Świadomość własnych krzywd zupełnie wyparli. Podobnie jak zdolność współodczuwania cierpienia innych, choćby Żydów, o których obecności oraz niedawnym „zniknięciu” przypomina jedynie pojawiający się na scenie niczym zjawa mały Chłopiec (Tomasz Piątkowski). Konsekwentnie przemilczane emocje ustąpiły miejsca prymitywnej żądzy posiadania. „I co teraz z tym radiem? Że nam już nie działa? Że nam państwo obiecało? Jakoś ciszę zabić. Nie chcę być z myślami, ja chcę radia słuchać” – powtarza rozpaczliwie Knauer. Ale demony wrócą. Bo choć mieszkańców tego świata napędza wyłącznie prymitywna chciwość i pragnienie awansu za wszelką cenę, które w groteskowym finale, znalazłszy się na chwile w świetle reflektorów przejmująco wygrywa Świetlicowa, z piekła nierozliczonych zbrodni i nie opłakanych krzywd nie ma ucieczki.

Michał Centkowski