24. edycja (2017/18)

Rzut oka z pionowego świata

recenzja spektaklu Wanda

„W mojej głowie wcześnie pojawiło się przeświadczenie, że skoro śmierć zabrała braciszka wtedy, gdy bawił się z kolegami, tatę kiedy był w swoim z pozoru bezpiecznym domu, to nie ma sensu przed nią uciekać. Przyjdzie, gdy tak postanowi” – te słowa ze spektaklu „Wanda” utkwiły we mnie najmocniej. Anita Jancia nie miała łatwego zadania, ponieważ po obejrzeniu „Waszej wysokości” w cyklu „Teatroteka” idealną Wandą Rutkiewicz była dla mnie Dorota Kolak. Jednak aktorka Teatru Polskiego w Bielsku-Białej trafiła na zgrabnie skrojony tekst oraz inscenizację złożoną ze służebnych, funkcjonalnych elementów (i nie są to określenia deprecjonujące!). Dobrym przykładem jest „górska” scenografia Ilony Binarsch, która wydaje się prościutka, gdy wchodzimy na widownię – białe fale podobne do śnieżnych zasp, makieta gór jako tło i miniaturowa obrotówka. Jednak kiedy ożywa przedstawienie, te proste elementy pozwalają aktorce na szybką zmianę wątków i emocji. W bieli fal imponuje kondycją fizyczną, na tle himalajskich krokusów opowiada o miłości do pionowego świata, na obrotówce kontempluje zdobycie Mount Everestu. Biograficzne spektakle mają tę zaletę, że publiczność ogląda je chętnie i tę wadę, że trudno wykazać się większą charyzmą, niż bohater sztuki. Zwłaszcza bohater żyjący w pamięci wielu osób na widowni. Temperatura spektaklu podnosi się więc powoli, aktorka ostrożnie wspina się po ścianie życia alpinistki. Nic dziwnego. Pierwsze słowa, jakie przychodzą na myśl w związku z Wandą Rutkiewicz, to siła, upór, niezależność. Tak, jak w tytule biograficznej książki Anny Kamińskiej, wydanej przed kilkoma miesiącami.Ciekawa jest perspektywa z jakiej poznajemy perypetie wspinaczki. To perspektywa bezcielesna, przekaz zza światów. Dlatego w pierwszej scenie Anita Jancia leży w stroju Ewy w przezroczystym kubiku i mówi: „Wydawało mi się, że cielesność, ciało, zwłaszcza piękne, to jest coś, co nie przystoi osobie poważnej, odpowiedzialnej, nie wypada – myślałam. Ależ byłam naiwna!”. Potem odzyskuje jednak i ciało i odzienie, aby zacząć opowieść o morderczych wyprawach na Everest i K2, przemycaniu do Indii garnków z Olkusza oraz o plotkach, układach i seksie, który, choć rzadki jak Yeti, istnieje także powyżej siedmiu tysięcy metrów. Widzę, jak Anita Jancia przechodzi od opowiadania przed widzami do współistnienia z nimi w jednej przestrzeni. Na początku gra nieśmiało, aktorski mechanizm rozkręca się jednak z minuty na minutę i mniej więcej od połowy spektaklu Jancia czuje się już na scenie komfortowo i pewnie. Wgryza się w najeżoną rozstaniami i utratą ukochanych osób materię życia swojej bohaterki, choć w legendzie przetrwały tylko sukcesy i chwała. Myślę, że każde pokolenie widzów patrzy na „Wandę” inaczej. Ci, którzy śledzili na ekranach telewizorów Rubin, jak w 1978 jako pierwsza Europejka zdobyła Mount Everest, wracają do tych emocji i wzruszeń. Wystarczy w trakcie spektaklu popatrzeć na ich twarze. Dla młodych Wanda Rutkiewicz jest bardziej postacią mityczną, niż osobą z krwi i kości (i ciała!), więc niemało zaskoczeń może im przynieść tekst Wiesławy Sujkowskiej. Mnie polska himalaistka imponuje umiejętnością przekuwania porażki w sukces, podnoszenia się raz za razem, wbrew ludziom. Mam wrażenie, że Anita Jancia trafia do wszystkich pokoleń widzów, zdobywając tym samym swój własny szczyt, bo tym właśnie dla każdego aktora jest monodram.

Kamila Łapicka