archiwum

Porozmawiajmy o nauce

recenzja spektaklu Henrietta Lacks

"Henrietta Lacks" wystawiona przez Annę Smolar w Nowym Teatrze w Warszawie zaczyna się niczym typowy telewizyjny talk-show. Widzimy siedzących frontem do widowni gości oraz dziarską i przebojową prowadzącą, luźno stylizowaną na Oprah Winfrey (Marta Malikowska). To pierwsze wrażenie okazuje się jednak mylne, bo programowi daleko do typowości. Oprócz znanego lekarza, Georga Geya (Maciej Pesta) indagowani są również: pierwszy sklonowany ssak, owca Dolly (Sonia Roszczuk) oraz Pan Rak (Jan Sobolewski). Jak można się więc domyślić w scenariuszu programu ton pozornej rzeczowości szybko zostaje przepełniony absurdalnym humorem: "Panie Raku, czy ma pan jakieś talenty? Tak, rozrastam się". Głównym tematem programu jest nauka, jej charakter, wpływ na codzienne życie, a także problem granic, które badania naukowe muszą przekraczać i kontrowersji, które są w stanie wzbudzić. Istnieją bowiem rejony, w których pozornie nudne i mało spektakularne działania badaczy niepomiernie pobudzają zbiorową wyobraźnię: "Dobry wieczór. Będziemy dziś rozmawiać o bohaterach. Doktorze, dlaczego poświęca się pan hodowli komórek? - Trzeba skończyć z umieraniem. Starość to choroba. Szukamy lekarstwa". W pierwszej scenie wprowadzony zostaje więc temat napięć pomiędzy nauką a szeroko rozumianą moralnością i etyką, który będzie pełnił funkcję dramaturgicznej ramy spektaklu. 
George Gey jest odkrywcą komórek HeLa, które, ze względu na swoją zdolność nieustannego dzielenia się, są w pewnym sensie nieśmiertelne i dzięki temu dają nadzieję na opracowanie leku przeciw wielu nieuleczalnym obecnie chorobom. Komórki HeLa stały się na przykład podstawą skutecznej szczepionki przeciwko polio. Na pytanie jednak czy Gey wierzy, że jest twórcą nieśmiertelności, lekarz odpowiada rzeczowo "Nie ma co wierzyć. Trzeba działać". Gdy w następnej scenie dziennikarka dopytuje profesora i jego współpracowniczkę o to, co jest kluczem do sukcesu ich badań, zgodnie odpowiadają, że systematyczność, ciężka praca, mozolne powtarzanie tych samych czynności i skrupulatne przestrzeganie procedur. Czy w nauce jest bowiem miejsce na jakikolwiek romantyzm? 
Jak przypominają twórcy, komórki HeLa zostały pobrane w 1951 roku od mieszkającej na ubogich przedmieściach Baltimore Afroamerykanki Henrietty Lacks. Henrietta zachorowała na raka szyjki macicy. Zgłosiła się do lekarza zbyt późno aby pomoc mogła okazać się skuteczna. "Matko Boska, ale sobie pani wyhodowała" - westchnie lekarz z niedowierzaniem. Henrietta miała piątkę dzieci i nigdy nie używała antykoncepcji. W spektaklu mówi, że po operacji najbardziej interesowało ją, kiedy będzie mogła zajść w kolejną ciążę. Komórki pobrane z "wyhodowanej" przez nią rakowej materii okazały się rewolucyjne dla rozwoju współczesnej medycyny. Odkrycie oparto jednak na szeregu wykluczeń społecznych, proces bazował na strukturalnie zakorzenionych nierównościach i powielał mechanizm ich reprodukcji. Oczywiście bogate kobiety też chorują na raka, jednak gdyby Henrietta miała inne klasowe czy rasowe pochodzenie, leczenie rozpoczęto by dużo wcześniej i byłoby bardziej skuteczne. Wówczas jednak chora prawdopodobnie nie "wytworzyłaby" w sobie tak zaawansowanych, odpornych komórek, jak te, które od niej pobrano. 
W całym tym procesie miało miejsce jeszcze jedno wykluczenie. Jak wyraźnie podkreślają twórcy, za pierwszy kontakt z komórkami, ich wstępne opracowanie oraz zorientowanie się co do ich fenomenalnych właściwości, odpowiadała współpracowniczka Geya, doktor Mary Kubicek. W późniejszym okresie Gey przejął jednak badania, przywłaszczając sobie ich wspólny sukces. Dzięki temu po raz kolejny decydującego o losach świata odkrycia dokonał mężczyzna. Najważniejszą nieobecną w historii tego odkrycia jest jednak bez wątpienie tytułowa bohaterka. HeLa to kryptonim utworzony na podstawie pierwszych liter imienia i nazwiska dawczyni materiału do badań. Nawet George Gey i Mary Kubicek nie zapamiętali jej nazwiska, powielając na laboratoryjnych kartach oraz w formularzach automatycznie przyjęte rozwinięcie skrótu HeLa - Helen Lane. 
Spektakl odsłaniając cały ten złożony proces kolejnych wymazań, przewrotnie zadaje pytanie czy w świecie nauki ma to jakiekolwiek znaczenie? W kierowanym wprost do publiczności, doskonale skonstruowanym i odegranym monologu, Maciej Pesta pyta: "Jakie prawo do swojego raka miała Henrietta Lacks? Dobrze, cofamy wszystko, wycinamy raka Henrietty Lacks, wyrzucamy na śmietnik, ona żyje potem jeszcze pół roku i umiera. Doktor Gey nie pobiera tkanki do badań - nic się nie wydarzyło. I co? Nadal stawiamy pomnik Henrietcie Lacks? Nadal chcemy pieniędzy, za co chcemy pieniędzy? [...] Proszę pani, nie mam zielonego pojęcia ile lat mają dzieci Henrietty Lacks, ponieważ nie interesuje mnie to, ponieważ interesuje mnie wyjątkowo złośliwy rak, którego można powstrzymać [...] Wszyscy mają HeLę, nie mają Henrietty Lacks, chorej grubej, czarnej baby - mają jej raka, to już nie jest nawet jej rak, to są takie mutacje, to są takie mutacje, że cellula et cellula et cellula". Nauka - jej skutki i cele - trudno poddają się działaniu uniwersalnych reguł etycznych oraz współczesnych dyskursów równościowych czy emancypacyjnych. Innymi słowy próba uczłowieczenia nauki wiąże się automatycznie z nadaniem jej sensacyjnego rysu, a fascynacja którą w tej postaci wzbudza jest tyleż uzasadniona co szkodliwa i może bardzo realnie wpłynąć na przyszłe ludzkie życia. Czy więc mówienie o uprzedmiotowieniu Lacks jest w ogóle zasadne? Czy zapisanie jej nazwiska na kartach medycznych podręczników w jakikolwiek sposób wpłynie na jakość prowadzonych na "jej" komórkach badań? 
Tym bardziej, że historią nauki podobnie jak każdą dziedziną historii łatwo można manipulować i wykorzystywać do pozanaukowych celów. W jednej ze scen aktorzy inscenizują "radę narodową" mającą za zadanie wyłonienie projektu pomnika polskiej emigrantki, heroicznej protoplastki kluczowych przemian w medycynie Henryki Laksy. Choć i tutaj nie obejdzie się bez kontrowersji, skoro, jak zauważa jedna z członkiń kapituły. "mianowana przez nas obywatelka ma związek z czarnoskórą społecznością, znaną z uprawiania pogańskich procedur". 
Twórcy spektaklu dalecy są jednak od twierdzenia, że badania naukowe można prowadzić bez względu na wszystko. Bo przecież, jak słusznie zauważają, nauka i jej beneficjenci oceniani są z jednego tylko, antropocentrycznego punktu widzenia. Finałowa scena spektaklu to przejmująco odegrana przez Sonię Roszczuk inscenizacja śmierci owieczki Dolly, która wskutek medycznych eksperymentów zachorowała na raka i trzeba ją było uśpić. Być może jej śmierć przyczyni się do opracowania w przyszłości jakiegoś cudownego lekarstwa. Leku przeznaczonego prawdopodobnie tylko dla ludzi. A jak zauważa HeLa w świetnie zainscenizowanym przez Jana Sobolewskiego "wywiadzie z komórką", ona sama będzie żyć na Ziemi nawet wtedy gdy ludzkość wyginie i "można powiedzieć, że nie będę żałowała ludzkości, radzę sobie". 
To mnożenie pytań raczej niż dawanie gotowych odpowiedzi i bardzo precyzyjne nakłuwanie pola rozmaitych, złożonych problemów oraz napięć we współczesnych dyskusjach o nauce jest największą siłą spektaklu Anny Smolar. Jednak istocie i sposobowi stawianych w nim pytań odpowiada jakość ich teatralnego wykonania. Aktorzy po mistrzowsku poruszają się w różnych konwencjach, powagę mieszają z surrealistycznym humorem, swoich bohaterów pokazują z rozmaitych stron, a rzeczowy wywód naukowca Sobolewski jest w stanie bez najmniejszego zgrzytu urozmaicić choreografią "stepującej komórki".