24. edycja (2017/18)

Wściekła clownada

recenzja spektaklu K.

Nie wiem, o co tyle krzyku. Słyszałem już, że poznańska wypowiedź Demirskiego i Strzępki o szeregowym pośle Kaczyńskim, który jawnie, choć nieformalnie, trzęsie polską polityką, realizując autorytarne zapędy, jest hitem albo klapą, jest zbyt odważna lub zachowawcza tudzież udana albo byle jaka. Otóż nie. Jest poprawna, nawet ciekawa. Odpowiednia do sytuacji. Potrzebna.
"Wściekły duet" w "K." nie jest bowiem bardziej wściekły niż reszta prolewicowej, proeuropejskiej, proobywatelskiej części społeczeństwa. Jest wściekły wystarczająco, żeby o tym na głos mówić. Jest ponadto świadomy procesów społeczno-politycznych i zakulisowych, sterujących nimi nie tylko w kraju, ale i na arenie międzynarodowej, układów. O nich też mówi na głos, wychodząc ze słusznego skądinąd założenia, że dopóki król nie okaże się nagi, czyli dopóki nie ujawni się i nie wyśmieje całego bagna układów w polskiej polityce po 1989 roku i nie odsunie od sejmowych ław wszystkich jej, wyszkolonych w poprzednim ustroju, przedstawicieli, dopóty nic się w kraju nie może zmienić. A zmiany - to chyba nie zaskoczenie - są konieczne. Wściekły duet jest więc nie bardziej wściekły niż na przykład Kuba Wątły w mediach społecznościowych. Wściekły duet znów poczuł się odpowiedzialny za kraj, jego wypowiedź to więc nie kwestia odwagi, ale, śmiem założyć, obywatelskiej dojrzałości. Nie jest odwagą mówić o niedostatkach życia polityczno-społecznego; jest to obowiązkiem świadomego obywatela. Oboje robili to wszak i za poprzedniej władzy.
Trzeba zresztą realizatorom oddać, że z grubsza udaje im się uniknąć taniochy, kabareciarstwa (poza świadomymi nawiązaniami estetycznymi), personalnych przytyków - tu już off zadaje Kaczyńskiemu boleśniejsze razy, również poniżej pasa, by przywołać tylko monodram "Jarosław ocalony" Teatru Poświęconego. Jeżeli miałbym mieć tu wątpliwości natury, z przeproszeniem, etycznej (choć etyka i polityka są jak się zdaje pojęciami coraz bardziej biegunowymi), to najwyżej do zbyt intensywnie eksploatowanej postaci Ducha Matki braci Kaczyńskich. Z jednej strony trzeba zauważyć, że jej obecność punktuje obłęd relacji między nią a K., nad którym jako tak zwany suweren zadziwiająco łatwo przechodziliśmy do porządku dziennego (na przykład drukowanie fake'owego wydania gazet po katastrofie smoleńskiej, żeby jej nie zdenerwować, powinno było być niepokojącym symptomem), z drugiej, oparcie gros motywacji teatralnego Kaczyńskiego o również fikcyjną psychoanalizę jest zdecydowanym nadużyciem.
Poza tym - więcej wątpliwości nie mam. Jest cwany i leniwy Tusk (warto zwrócić zresztą uwagę na Jacka Poniedziałka w tej roli), jest makiaweliczny i skomplikowany Kaczyński, jest cała masa ich bezimiennych, hipokrytycznych i sprzedajnych przydupasów, napędzanych chciwością i strachem; próżno szukać w tej menażerii bohaterów pozytywnych. Są wycieczki wstecz (od koalicji z Samoobroną po Okrągły Stół), są i w przyszłość, dzięki czemu spektakl może stać się swoistym elementarzem najnowszej historii Polski dla tych młodszych widzów, którzy w szkole nie wyczytają wszystkiego z podręczników do WOS-u. Jest wreszcie idealnie wpisująca się w dystopię przyszłych i coraz bardziej niewiadomych wyborów parlamentarnych w Polsce jednoosobowa partia Komicy Dla Kraju, która posługując się jedynie narracją rodem z wulgarnych memów nie tylko zyskuje nadspodziewane poparcie, ale i zmienia całą tę polityczną scenę w upiorny lunapark. Do czego bowiem innego sprowadza się medialny przekaz dotyczący politycznych rozgrywek niż do jarmarcznej rozrywki? Wszelkie koalicje czy opozycje to ledwie igrzyska dla tej masy, której trzeba czymś zająć uwagę i zamknąć usta przed sprzeciwem. Dla nas.
Jest w świecie spektaklu Demirskiego i Strzępki jeszcze jedna, znacząca siła. To jednostka, obywatel, każdy; występuje tu w postaci nastoletniej, rekreacyjnie ćpającej hakerki, specjalistki od - w idei wszak anarchistycznego i alterglobalistycznego - darkwebu. Dziewczyna w społecznym zrywie postanowiła pomóc w kampanii Komikom Dla Kraju - wszystko dobre, byle pozbyć się lub chociaż osłabić dotychczasowe elity, z którymi nie warto mieć do czynienia. Tyle że Komicy, kiedy przekroczyli próg wyborczy, dali się w całości wciągnąć bagnu zawodowej polityki, a przez to i nasza hakerka została wykryta poza darkwebem i uwikłana w układ. Co będzie dalej - trafi na przesłuchania, tortury, czy po prostu któregoś dnia zniknie? Mało było takich, co znikali? A my, jeżeli wreszcie postanowimy uzasadnić dumnie obnoszone na sztandarach slogany o społeczeństwie obywatelskim i zdecydujemy się zadziałać, wypowiedzieć sprzeciw na głos? A autorzy spektaklu, którzy właśnie to zrobili? Kto zniknie pierwszy?
Wszystko to, o czym mówi spektakl, mogłoby się odbywać bez Kaczyńskiego, bez Tuska, bez nazwisk. Paradoksalnie to nie znani z gazet politycy są istotą tego spektaklu. O tym jest "K.": to obok eseju o zakłamaniu tak zwanych politycznych elit przede wszystkim pytanie o nasze - nas, obywateli - miejsce w tej układance; o nasze prawa, obowiązki i zagrożenia związane ze społeczną aktywnością. To też nieśmiałe wołanie o tę aktywność - chociaż oczywiście fajniej by było, gdyby okazało się, że całe polityczne bagno, ukazywane widzom oczami hakerki, jest tylko efektem złej fazy po narkotykach.
To nie ma być więc spektakl wybitny ani odważny, realizacyjnie jest po prostu bardzo poprawny: Demirski i Strzępka poniżej pewnego poziomu już nie schodzą, a widać, że w Polskim pod dyrekcją Macieja Nowaka mieli dla tej pracy dobre warunki. Ale też nie o teatralne fajerwerki w "K." chodzi; spektakl jest bowiem ważny i potrzebny jako obywatelski głos. Postawione przezeń pytania, jeśli w ogóle znajdują odpowiedzi, to zdecydowanie nie optymistyczne. Czeka nas dużo pracy. Ucieszę się, jeżeli wściekły duet będzie nas w niej w taki sposób wspierał.