archiwum

Zmiana panoramy

recenzja spektaklu Faza Delta

Radosław Paczocha, autor z rocznika 1977, ma świetny słuch. Znakomicie wyczuł i zapisał młodzieżowy slang. Z tego powodu "Faza Delta" ma szansę na kolejne realizacje sceniczne - z których olsztyńska jest bodaj trzecią - zarówno w czasie, gdy ten język zachowa aktualność, jak i później, jako językowe (choć niezbyt chlubne) świadectwo pierwszych dekad XXI wieku. Jego cechy charakterystyczne, to krótkie dialogi, przestawny szyk, przestawna gramatyka i wulgarne wtręty. Jak we fragmencie, w którym Dżina wyznaje: "A on mi się nie od dziś podoba ten blondasek zza baru, Dżastinek taki, mówię, podobny oko w oko. W sensie mówię, że ja tu lubię se czasem przyjść i se na niego tak popatrzeć jakby, mówię, dla relaksu, ale on chyba ma jakąś laskę, co tu do niego przychodzi i se tu siedzą czasem i se z dziubków wpierdalają popcorn na moich oczach, jak nikt nie widzi".

W wypowiedzi z roku 2012, gdy prapremierę dramatu przygotował w Teatrze Wybrzeże Adam Orzechowski, Radosław Paczocha powiedział, że stworzył bohaterów prowincjonalnych, odpornych na teatr (żadna z postaci "Fazy Delta" raczej do teatru nie chadza) i na refleksję. Jego plebejska wersja "Zabawy" z używkami kończy się jednak o wiele bardziej tragicznie, niż mrożkowski oryginał.

Tekst doczekał się dwóch wariantów. W Wybrzeżu było trzech bohaterów (Mastodont, Misiek, Liszaj) oraz barmanka Justyna, a rzecz dotyczyła kibicowania (czyt. kibolstwa). W Teatrze Jaracza w Olsztynie mamy trzy bohaterki (Dżinę, Paolę i Marchewę) i barmana Dżastinka, a osią wydarzeń jest zgubna miłość do muzyki pop. Obu wersjom patronuje nadmiar używek, przemoc i jak określił je Paczocha we wspomnianym wywiadzie, "zło codzienne".

Dramat można określić jako edukacyjny rebours, prezentuje bowiem piorunującą destrukcję nastoletniego umysłu przez alkohol i dopalacze ("kwadraciki kwasu o swojsko brzmiącej nazwie: panoramix"), które wywołują tytułową fazę rozstrojenia rzeczywistości ("zmianę panoramy"). Powrót do niej okazuje się dla bohaterów prawdziwym koszmarem ("ostrą, nie moją fazą"). Paczocha jednak nie moralizuje. Historia "pewnego wieczoru, feralnego dla Dżiny, Marchewy i Paoli (choć szczególnie dla Dżiny) roku 2013", gdy koncert w Łodzi miał idol nastolatek - Justin czyli Dżastin jest naprawdę wciągająca. Choć tekst zawiera dużą dawkę przekleństw i epatuje przemocą, dojrzały widz bierze od razu w nawias tę rzeczywistość, a młody zapewne rozpoznaje stylizację w różnym stopniu. Paczocha dobrze pokazuje mechanizm utraty kontroli nad umysłem, stan w którym robimy rzeczy, o których rano opowiada nam jakiś "życzliwy" (albo pokazuje filmik!), a my nie wierzymy, że naprawdę braliśmy w tym udział. "Zmiana panoramy" nie jest przecież zarezerwowana dla rozwydrzonych nastolatek z małych miast ani dla kiboli. Tym groźniej.

"Faza Delta" jest dyplomem studium aktorskiego przy olsztyńskim teatrze i znakomitą wizytówką tego miejsca. Energia i zaangażowanie czworga młodych aktorów są ekstremalnie wspaniałe. Każdej wypowiedzianej przez nich kwestii towarzyszy intensywna mowa ciała. Różnicują barwę głosu, intonację, szybkość podawania tekstu. Gestykulują przy tym szeroko, "rapersko", zastygając wraz z kropką w wystylizowanej pozie, rodem z teledysków diw muzyki pop (gdy wspominam lata mej nastoletniej młodości, na myśl przychodzi mi teledysk "The Boy Is Mine" Brandy & Moniki). Każdy z wykonawców ma pomysł na swoją postać. Natalia Lisicka jako Dżina jest "szefową gangu". Nabuzowana i wiecznie podenerwowana, raz po raz stara się udowodnić, jaką jest twardzielką. Zabawnie z tą ambicją koresponduje fakt, że często "nic jej się nie łączy jakby". Paola Adrianny Cudnik to typ rozjemcy, "nie lubi się tak nakręcać nie wiadomo po co". Nieustannie stara się "zaczaić bazę", ze skutkiem nie gorszym, ale i nie lepszym, niż Dżina. Ratuje ją uśmiech maskujący bezdenną naiwność. Marchewa Katarzyny Trzeszczkowskiej to dziewczę najbardziej kumate z całej trójki i według mnie najlepsza rola. Na początku sposób jej wypowiedzi wydaje się przestylizowany i sztuczny, młoda aktorka jest pewna siebie i konsekwentna, ergo: widz podąża za nią. Talent komiczny idzie w parze z teatralnym instynktem.

"Blondasek Dżastinek barmanek zza baru" w wykonaniu Roberta Sanetry przez pierwszą część spektaklu milczy i wygląda. Wygląda jak Justin Bieber i z równym kunsztem zarzuca grzywką. To dobry punkt wyjścia, bo czekamy, kiedy się wreszcie odezwie. Nie uczynił go niestety Paczocha intelektualnym rodzynkiem. Jedyna jego kwestia, która ociera się o erudycję brzmi: "Finlandia jest w Skandynawii, a nie w promocji". Dobrą scenę ma Sanetra, gdy na sali sądowej streszcza wydarzenia, które go tam zaprowadziły. Jest jednocześnie żałosny i sprytny. Słuchając jego zeznania, w głowę zachodzimy, jak udało mu się wyłgać z tarapatów, w których dziewczęta tkwią po uszy: "[] na komisariacie wszystko poszłem i powiedziałem, wyśpiewałem jak na spowiedzi świętej do protokołu sądowego zeznałem, od razu na komisariat święty poszłem, jak tylko z knajpy wyszły nawalone wszystkie, w ostrej fazie wszystkie, przestępstwo poszłem zgłosić, tylko się najpierw trzy godzinki przespałem z emocji, że nawet skarpetek nie zmieniałem, w butach spałem tych samych cały czas".

Scenografia Marii Kanigowskiej jest pierwszej jakości. Mając do dyspozycji niewielką Scenę u Sewruka, postawiła na prostotę i funkcjonalność. W przestrzeni gry, okolonej srebrnym anielskim włosem (podkreślającym imprezowy klimat), umieściła tylko kilka elementów: trampolinę (zastępującą w razie potrzeby barowy kontuar i stanowiącą pole dzikich zabaw) oraz kubiki w kolorach błyszczących dresów wykonawców. Aktorzy budują z nich, jak z gigantycznych klocków, kolejne przestrzenie. Tak powstaje wnętrze pubu, gdzie odbyła się feralna "impreza wewnętrzna" oraz ława sądowa, podsumowująca konsekwencje owej imprezy. Łatwo więc zgadnąć, że "Faza Delta" jest sztuką bez happy endu. Może go jednak oznaczać dla tych, którym historia trzech przyjaciółek wyda się aż za bardzo znajoma, a morał: "Już nigdy nie zagadam do żadnego barmana", uznają za cokolwiek niewystarczający.