archiwum

W imieniu historii

recenzja spektaklu Zapiski z wygnania

2018 rok przyniósł w Polsce dwie ważne rocznice: setną odzyskania niepodległości i pięćdziesiątą wydarzeń marcowych. O ile pierwsza jest chwalebna (jak określa ją podtytuł przewrotnego wałbrzyskiego Sienkiewicza: Superstar), o tyle druga - co najmniej niechlubna. Jak celnie zauważyła Temida Stankiewicz-Podhorecka, w teatrach "Marzec '68 wyparł Listopad '18" (to tytuł jej felietonu z "Naszego Dziennika" nr 63/2018). Cóż - może na okołolistopadowe propozycje przyjdzie czas w drugim półroczu, tymczasem jednak mamy marzec, a wraz z nim uzasadnioną debatę o antysemityzmie w ogóle, ale i wielopoziomowe rewizje nigdy na dobrą sprawę nie rozliczonych wydarzeń sprzed półwiecza.

Warto pochylić się nad dwoma tytułami, które premiery miały w Warszawie w odstępie dwóch dni, a które, choć wiele je łączy, podchodzą do tego niełatwego tematu z dwóch biegunowo różnych perspektyw. Mowa o "Sprawiedliwości" Michała Zadary z Teatru Powszechnego i "Zapiskach z wygnania" w reżyserii Magdy Umer z Teatru Polonia. Oba są spektaklami na poły dokumentalnymi. Pierwszy, zrealizowany przy pomocy sztabu prawników i historyków, mówi o wydarzeniach marcowych sucho, rozpatrując je w perspektywie prawnej, doszukując się możliwości poniesienia odpowiedzialności karnej przez sprawców wypędzenia Żydów z Polski. Drugi skupia się z kolei na jednostkowym świadectwie wypędzonej wówczas wraz z rodziną Sabiny Baral, bazując na jej poruszającej relacji z tamtego czasu. Oba dobitnie pokazują absurd nienawiści, tragedię ksenofobii, oba są ważnym i potrzebnym głosem w toczącej się - dziwacznymi zresztą koleinami - dyskusji o antysemityzmie.

W obu też rytmizującą rolę odgrywa muzyka. U Zadary są to urywki zachodnich przebojów z 1968 roku. Beatlesi śpiewali wówczas o trwającej społecznej rewolucji, James Brown o zmysłowej miłości - w Polsce tymczasem pozbywano się trzynastu tysięcy współobywateli, bezprawnie odbierając im majątek, obywatelskie prawa, wreszcie i samo obywatelstwo, pozostawiając ich poza granicami kraju jako bezpaństwowców bez dorobku i przynależności. Trop kontrastu między estetyką Zachodu a polską rzeczywistością jest zresztą u Zadary wiodący: cały spektakl poprowadzony został popkulturową manierą kryminalnego serialu o dzielnych śledczych, rozwikłujących zagadki z przeszłości. Ten format, oparty na prawniczo-korporacyjnej nowomowie, dodatkowo podkreśla przerażający absurd wydarzeń sprzed półwiecza. Szkoda, że jak to często u Zadary bywa, na poziomie teatralnego rzemiosła "Sprawiedliwość" pozostawiona została de facto w szkicu; aktorzy jawnie (i niekoniecznie płynnie) czytają swoje kwestie z prompterów, zasłaniają się ironią w momentach, w których sypie się struktura, w efekcie budują niepotrzebny dystans, osłabiający poczucie ich faktycznego przecież zaangażowania w sprawę; najlepiej ze swojego zadania wywiązuje się tu Barbara Wysocka, zresztą i dramaturgicznie mająca być spiritus movens dochodzenia do zadawnionej prawdy. Z zawieszonego w bezczasie przebiegu śledztwa wyłaniają się współczesne konkrety, czy to odkrywane prawne luki i ustawowe idiotyzmy, czy praktykowana do dziś zatomizowana odpowiedzialność, w ramach której w 1968 nawołujący do nienawiści Gomułka mimo rzeczywistej władzy nie pełnił żadnej konstytucyjnej funkcji w strukturach rządu, a jego premier był marionetką, czy naprawdę złożone w ramach kilkuletniego projektu, którego puentą jest przedstawienie, zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Konkretnie: zbrodni przeciwko ludzkości.

W "Zapiskach z wygnania" z kolei estetyka jest niemal wyzerowana, zbliżona do formuły scenicznego programu poetyckiego. Scena spowita jest w czerni, z której ledwo wyłania się sylweta Krystyny Jandy i towarzyszącego jej zespołu muzycznego; artystów od widzów oddziela na dodatek półtransparentny tiulowy ekran, na który rzucane są projekcje, przy czym większość czasu wyświetla się na nim nagrywane na żywo olbrzymie, przeskalowane zbliżenie na twarz samej Jandy. Janda mówi, mówi po prostu, na pozór nie odgrywając niczego - a na pewno nie gwiazdorząc, co wszak zdarza jej się na własnej scenie - ale pod spokojnym tonem i konsekwentnie temperowaną mimiką kłębią się emocje. Niezgoda, wściekłość, rozpacz - każda nuta wpisana we wspomnienia Baral wybrzmiewa w tej do bólu ograniczonej ekspresji ze zdwojoną siłą. Co jakiś czas aktorka odpala papierosa, jakby robiła to prywatnie, żeby dać sobie chwilę oddechu od gorzkiej opowieści. Regularnie przerywa monolog urywkami piosenek, śpiewając do żywego akompaniamentu. Śpiewając? Miejscami zbliża się w tych wykonaniach do melorecytacji w stylu późnego Cohena, osiągając ton tak głęboki i tak offbeatową motorykę, że trudno byłoby coś podobnego powtórzyć. Tu też wstawki muzyczne rytmizują przebieg przedstawienia, ale ich funkcja jest inna: o ile "Tak jak malował pan Chagall" Młynarskiego ewidentnie opowiada o Marcu, już ten kontekst we "W żółtych płomieniach liści" Osieckiej był dla mnie zaskakującym rozpoznaniem. Dobór użytych w adaptacji piosenek ujawnia, jak mocno wydarzenia marcowe zakorzenione są w naszej kulturze - i jak głęboko możemy być tego nieświadomi.

Pozwalam sobie mówić "my", bo mam poczucie, że jest to nieświadomość wspólna dla pokoleń wchodzących w dorosłość od lat osiemdziesiątych XX wieku do teraz. Sam w toku swojej nauki szkolnej po raz pierwszy o 1968 roku usłyszałem tak naprawdę dopiero studiując na Wiedzy o Teatrze - i tematem również nie była kwestia wypędzenia Żydów, ale rzecz jasna protesty studenckie po zdjęciu "Dziadów" Dejmka. Nie były temu winne złe szkoły, ale źle sformułowane programy nauczania, unikające tematów niewygodnych, a historię najnowszą traktujące szczególnie po macoszemu. Gdyby nie własne poszukiwania, o wydarzeniach Marca dowiedziałbym się pewnie dopiero z omawianych spektakli. Nie ukrywam zresztą, że szczegółowe wiadomości o charakterze ówczesnej nagonki, zawarte zarówno we wspomnieniach Sabiny Baral jak i scenariuszu Zadary i Nawojki Gurczyńskiej, były dla mnie - porażającym - novum. "My" potrzebujemy więc takich spektakli, potrzebujemy przypominania historii przemilczanej. Jestem jeszcze "ja": ja, który wie o tamtych czasach co nieco, choć nie dość, który regularnie prowadzi warsztaty z młodzieżą w wieku gimnazjalno-licealnym w mniejszych ośrodkach i który musi się mierzyć z bezrefleksyjnie powtarzanymi przez tę młodzież hasłami, kogo należy posłać do gazu. Ja, który nosi brodę i przy raczej rzucającej się w oczy sylwetce regularnie ekspediowany jest przez spotykanych na ulicach różnych miast współplemieńców do Izraela, wraz z propozycjami większej czy mniejszej fizycznej pomocy w przygotowaniach do tej drogi. "Ja" życzę więc "nam" możliwości obejrzenia tych przedstawień i pogłębionej, szczerej rozmowy o nich. Tym bardziej, że w myśl nowelizacji ustawy o IPN to właśnie teatr staje się miejscem, gdzie można mówić o niewygodnej historii bez legislacyjnego niepokoju. Szkoły tej funkcji nie pełniły i pełnić tym bardziej teraz nie będą.

Dlatego, choć mógłbym mieć wątpliwości, do kogo tak naprawdę skierowane są oba spektakle, czy aby nie usiłują przekonywać przekonanych, czy nie przekraczają granicy oczywistości, korzystając z niedwuznacznych nawiązań do współczesności - tu zwłaszcza irytująca wydaje się kończąca "Zapiski..." nagłym przełamaniem estetyki projekcja nagrań z chuligańskich i faszystowskich incydentów na Marszach Niepodległości - sam się karcę i milknę, zakładając, że najważniejszą widownią obu tych propozycji będzie młodzież. Zadara oskarża polską państwowość o świadome podtrzymywanie niewydolności systemu, które pozwoliło aż do dziś, kiedy większość z nich nie żyje, nie rozliczyć sprawców Marca za ich winy. Młodzi ludzie na widowni niebawem osiągną wiek, w którym pójdą do urn - dobrze, żeby nie dali sobie przedtem wmówić, że państwo działa sprawnie i dobrze jest, jak jest. Umer i Janda opowiadają, do jakich ludzkich tragedii prowadzi nienawiść, zwłaszcza ta zinstytucjonalizowana. Młodzi ludzie z widowni podczas kolejnego Marszu staną więc może wraz z radosnymi rodzinami, świętującymi rocznicę Listopada, a z dala od tych, którzy maszerując, hajlują.

Nie ma więc racji Temida Stankiewicz-Podhorecka, gdy, postulując w przywołanym na początku artykule ustawowy zakaz poruszania takich tematów także na deskach teatrów, argumentuje, że "ze sceny teatralnej, z plakatu na ulicy, z wystawy w muzeum Polin itp. dobywa się histeryczny krzyk: jesteś Polką, a więc jesteś antysemitką". To raczej, jak u Jandy, pobrzmiewający smutkiem i nadzieją szept: "jesteś Polką/Polakiem, nie bądź antysemitką/antysemitą. Dość już ich było przed tobą". Bo żeby Listopad był chwalebny, Marzec nie może się powtórzyć.