24. edycja (2017/18)

Pułapka historii

recenzja spektaklu Ośrodek wypoczynkowy

Zanim aktorzy weszli na scenę narratorka (Jaśmina Polak) spokojnym, pewnym i ciepłym głosem zapewniła widzów, stłoczonych na skrawku surowej, niemalże całkowicie pustej i pozbawionej bodźców przestrzeni, że miejsce, w którym się znajdują, zamieszkiwane jest przez ludzi, którzy odkryli przepis na osiągnięcie szczęścia, spokoju i bezpieczeństwa. Ludzi, którzy zrozumieli, że kluczem do zbudowania harmonijnej wspólnoty, jest niewykraczanie poza strefę komfortu (oraz powołanie wyspecjalizowanych służb zajmujących się wszelkimi wypadkami naruszenia owej strefy).

W całym państwie zaczęły powstawać ośrodki wypoczynkowe, mające "pobudzać pozytywne zmiany zachodzące w mieszkańcach kraju". Publiczność, zgromadzona w Komunie Warszawa, dostała niepowtarzalną szansą zajrzenia do jednego z takich ośrodków. Odwiedzany przez nich przybytek mieści się w "miejscu dawnej sali do wzbudzania emocji i dostarczania trudnych treści". Być może w dawnym teatrze, niepopularnym, bo zmuszającym widzów do wykraczania poza strefę komfortu. W ośrodku wypoczynkowym kuracjusze będą jednak mogli się zrelaksować, odpocząć, zrealizować swoje plany i marzenia. "Pod okiem czujnego kapitana rejs przebiega spokojnie, kołysanie delikatnie usypia pasażerów, a kierunek wskazywany przez kapitana załoga ma zawsze przed sobą. Wszystko według harmonogramu".

Kuracjusze, Pani Małgorzata (Małgorzata Witkowska) i Pan Andrzej (Andrzej Konopka), oddają się pod opiekę czwórki zawodowych animatorów: Pani Marty (Marta Ścisłowicz), Pani Soni (Sonia Roszczuk), Pana Macieja (Maciej Pesta) i, kierującego ośrodkiem, Pana Jana (Jan Sobolewski). Animatorzy, poprzez rozmaite zabiegi, będą mieli za zadanie uszczęśliwiać, uspokajać, wyciszać lub pobudzać (w zależności od pragnień i potrzeb) swoich podopiecznych. Harmonogram wyznacza pory jedzenia, spania, spełniania życzeń i rozwiązywania trudnych problemów. Te ostatnie są szczególnie problematyczne, bo często wykraczają poza strefę komfortu, wywołując tym samym negatywne emocje, nieprzyjemne sytuacje, stres czy nawet poczucie zagrożenia. Na pytanie Pani Marty: "Jak pani ocenia pracę animatorów?", Pani Małgorzata odpowiada: "Bardzo dobrze, bardzo dobrze. To jest wspaniały zespół. Są tacy życzliwi. Takie ciepło z nich emanuje". "A czy jest coś, co pani przeszkadza na przykład?" dopytuje Pani Marta. Pani Małgorzata odpowiada: "Wydaje mi się pani Marto, że pani się rzadko uśmiecha".

Brak uśmiechu wzbudza niepokój. A przecież w ośrodku nie ma miejsca na niepokój. Nie ma miejsca na żadne kontrowersyjne tematy ani konflikty. Nie rozmawia się o polityce. Rozmowy o podwyżkach czy o stanie posiadania wprawiają w zakłopotanie. Podobnie rozmowy o chorobach i śmierci. Pani Małgorzata, która czasem miewa jeszcze wyrzuty sumienia stara się je ograniczać. "To znaczy powolutku rzucam to", odpowiada zadającej kłopotliwe pytanie pani Marcie. Pan Andrzej, który w ośrodku przeżył chwilowy nawrót depresji i próbował się powiesić, przeprasza za swe zachowanie. Wyszedł poza strefę komfortu. Naruszył strefy komfortu pani Małgorzaty i wszystkich pracujących w ośrodku animatorów. Bo chociaż każdy z przebywających w ośrodku kuracjuszy (ale także i pracowników) powinien być skupiony na sobie i swoich potrzebach, to wszyscy tworzą grupę, są częścią wspólnoty. Głos narratorki zresztą łagodnie przypomina, że "Pan Jan wie doskonale co jest dla grupy najkorzystniejsze. Ważne, aby każdy czuł się jej równą częścią. Sytuacje wymykające się spod kontroli oczywiście się zdarzają, ale są na to sposoby. Dla powszechnej równowagi, nie można robić wyjątków nawet dla najbardziej utalentowanych i uroczych jednostek. Zwłaszcza, kiedy szerokie granice wolności są nieco przekraczane".

Kiedy turnus dobiega końca i wydawać by się mogło, że wypełniła się misja pobytu, a do szczęśliwego zakończenia brakuje tylko wspólnego wyjścia w szeroki świat, dochodzi do wulgarnej awantury miedzy dwójką kuracjuszy. Już wcześniej pani Małgorzata skarżyła się na sposób jedzenia pana Andrzeja, jego mamlanie, które "burzyło jej obraz świata", a teraz jej "wyciszona" agresja wreszcie wybucha. "Schowałeś to" - krzyczy Pani Małgorzata szukając swojej opaski, w której ma wyjść z ośrodka. "No przecież podrze mi pani płaszcz, do jasnej cholery, no. Puść to" - odpowiada Pan Andrzej. I dalej Pani Małgorzata: "Zostaw to ty dziadu jeden, skur". Pan Andrzej: "Puszczaj to do cholery!". Pani Małgorzata: "Schowałeś". Pan Andrzej: "Co jest kurwa do cholery". Ta całkiem realna i wielce naturalistyczna awantura jest jednocześnie ironicznym podsumowaniem tego, co w ośrodku, w czasie turnusu się działo. Jeśli kuracjusze liczyli na to, że zostaną wyciszeni, uspokojeni, a nawet pogodzeni sami ze sobą, to najwyraźniej nie udało im się tego zrealizować. Mimo, iż za Panią Małgorzatą zgodnie mogą powiedzieć "Jesteśmy bardzo szczęśliwi".

Przymus szczęścia, uśmiechu i zdrowego egoizmu, harmonogram zapewniający przestrzegającym go poczucie bezpieczeństwa, obowiązkowa wspólnotowość i zanik jakichkolwiek innych, w tym rodzinnych, więzi - dystopijna rzeczywistość ośrodka wypoczynkowego mogłaby rozgrywać się w korporacji, podczas sesji mindfulness redukującej stres lub coachingowej wzmacniającej poczucie własnej wartości. Mogłaby być częścią świata jednego z filmów Yorgosa Lanthimosa lub tematem jednego z odcinków serialu "Black Mirror".

Ośrodek, który na chwilę uchylił swoje drzwi w Komunie Warszawa, jednocześnie przyciąga i odpycha. Kusi obietnicą szczęścia i relaksu, będącymi dla wielu dobrami niemal luksusowymi. Przeraża nieludzkością uśmiechów, terrorem dobrego samopoczucia. Usypiającym, niepokojącym, egoistycznym, podszytym czarnym humorem, monotonnym komfortem. Sztucznym i niebezpiecznym.