24. edycja (2017/18)

My też was widzimy

recenzja spektaklu Spójrz na mnie

Akcja spektaklu Adama Ziajskiego rozgrywa się na niewielkiej, pustej i początkowo niemal całkowicie zatopionej w ciemności scenie. Dopiero po chwili punktowy reflektor wydobędzie z mroku jednego z aktorów. Gra pomiędzy jasnością i ciemnością będzie ważnym elementem tego przedstawienia i to nie tylko w jego warstwie symbolicznej. Udział w spektaklu oprócz reżysera i zawodowych aktorów Teatru Śląskiego w Katowicach (Bartłomiej Błaszczyński, Michał Piotrowski), bierze bowiem piątka osób niewidomych i niedowidzących (Alina Słowik i jej pies przewodnik Kora, Anna Machoń, Grzegorz Kania, Mieczysław Bąk, Mikołaj Wierzbicki). Właściwie zawodowi aktorzy pełnią tutaj jedynie rolę przewodników pomagając pozostałym uczestnikom poruszać się po scenie.

Równie ważna, co sfera wizualna jest w przedstawieniu jego przestrzeń audialna, którą w całości odbieramy przez otrzymane przy wejściu słuchawki. Dzięki temu na scenie panuje niemal kompletna cisza (aktorzy mówią do mikrofonów szeptem), choć widzowie słyszą wszystko "normalnie". Słuchawki posiadają również dodatkowy kanał z audiodeskrypcją (przygotowany i czytany przez Izabelę Mrochen), na który w dowolnym momencie możemy się przełączać. Istnienie w "Spójrz na mnie" tego dodatkowego kanału rozszerzonej narracji tyleż poszerza grono potencjalnych odbiorców spektaklu o osoby niewidome, co boleśnie uświadamia o właściwie powszechnym wykluczeniu osób z tą formą niepełnosprawności z teatru. Co prawda poszczególne teatry organizują od czasu do czasu "specjalne" pokazy z audiodeskrypcją, ale ich częstotliwość pozostawia wiele do życzenia i nie można mówić w tym względzie o jakiejkolwiek normie czy regularności.

Spektakl Ziajskiego opowiada o rozmaitych wykluczeniach oraz piętrzących się systemowych i infrastrukturalnych przeszkodach, na jakie niewidomi natykają się w codziennym życiu. Przedstawienie rozpoczyna się opowieścią Aliny o tym, jak w pewnym momencie Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON) bez wiedzy i zgody samych zainteresowanym wymienił niewidomym dotychczasowe urządzenie czytające na głos książki. Problem leżał w tym, że nowy "czytak" obsługiwał tylko specjalnie przeznaczone dla niego, zakodowane formaty. Nie można było odczytywać na nim tradycyjnych ebooków czy odtwarzać audiobooków w najpopularniejszym formacie mp3. Jedną decyzją skazano więc korzystających z programu niewidomych na lekturę tylko i wyłącznie określonych książek, pochodzących z wyselekcjonowanych wydawnictw. A wydawnictwom, które podpisały umowę z PFRON-em zapewniono krociowe zyski. Jak pokazuje spektakl na programach pomocowych i dofinansowaniach dla niepełnosprawnych korzystają wszyscy poza samymi zainteresowanymi.

Grzegorz dzieli się historią swojej pierwszej pracy. Został zatrudniony w firmie ochroniarskiej do zrobienia internetowego researchu dotyczącego przyszłych zleceń. Pracował na trzy czwarte etatu za 640 złotych miesięcznie, po trzech miesiącach został jednak zwolniony, a jego stanowisko zlikwidowane. Bartek dodaje, że tego typu praktyki są na porządku dziennym. Firma dostaje dotacje za to, że zatrudnia osobę niepełnosprawną, po czym likwiduje samo stanowisko, albo ogłasza upadłość i przekształca się w inną, fikcyjną spółkę. I tak w kółko: "Niewidomi zamiast pełnopłatnej pracy dostają bonus do swojego inwalidztwa. Bonus za milczenie. Jako słupy są idealni. Nie wiedzą co podpisują. Jako świadkowie i tak nikogo nie zidentyfikują. Łatwo ich zastraszyć". Ten ekonomiczny wyzysk jest tym bardziej dotkliwy, że uniemożliwia samodzielne życie, skazując osoby niewidome na bycie przez całe życie zależnym od innych.

Twórcy punktują kolejne systemowe problemy, przeszkody i zwykłe oszustwa związane z infrastrukturą przeznaczoną dla osób niewidomych. Przedstawiają jednak również ich upór oraz drobne zwycięstwa w zmaganiu z tak urządzoną codziennością: pierwszą samodzielną podróż do Chorzowa, uprawianie regularnego joggingu, wyprowadzkę do wynajmowanego samemu mieszkania. Przedstawione zostają również krótko historie życia osób biorących udział w spektaklu uświadamiając czym różnią się poszczególne stopnie niewidzenia i jak wpływają one na sposób funkcjonowania oraz odbierania rzeczywistości.

Spektakl nie jest jednak tylko reportażem interwencyjnym. Estetycznie bazuje na z pozoru prostym kontraście jasności i ciemności. Scenografię spektaklu tworzą przygotowane przez Filipa Czernowa, imponujące świetlne wizualizacje zbudowane z rozmaitych geometryczny kształtów oraz kartograficznych siatek nakładanych na całą sceniczną przestrzeń. Aktorzy nieustannie wchodzą z tymi wizualizacjami w interakcję bo każde wkroczenie w tą świetlną strukturę zaburza ją i odkształca na podobnej zasadzie na jakiej zanurzające się ciało mąci nieruchomą powierzchnię wody. Czasem przywołuje to skojarzenia z zaburzeniem gładkiego i prostego systemu pojęć oraz wizualnych współrzędnych ustanowionych przez większość "widzącego" społeczeństwa, innym razem przywodzi na myśl siatkówkę oka i jej chorobowe odkształcenia.

Ziajski dba o to, żeby forma spektaklu była możliwie adekwatna do jego tematu. Nie chodzi jednak na szczęście o żadną próbę prostego przeniesienia widzów s sferę doświadczeń osób niewidomych. Wprost przeciwnie "Spójrz na mnie" próbuje poszerzyć zakres teatralnej sprawczości i uczestniczących w teatrze na równych prawach podmiotów. Najbardziej dobitnie uświadamia to jedna z ostatnich scen spektaklu. Aktorzy przez dłuższy czas po prostu stoją przed widownią. Nic nie mówią, nie poruszają się, z słuchawek nie płynie żaden dźwięk. Sytuacja niemiłosiernie się przedłuża, w końcu wybuchają brawa, bo widownia myśli, że to już koniec spektaklu. Bezruch aktorów trwa jednak dalej. Ta scena działa na zasadzie "4'33''" Johna Cage'a: we wszechogarniającej, przedłużającej się ciszy nagle zaczynamy słyszeć oddechy, kasłania, szurania coraz bardziej zniecierpliwionej i zdezorientowanej publiczności. Wówczas uświadamiamy sobie, że choć my odbieraliśmy spektakl za pomocą zarówno dźwięku jak i obrazu, to występujący aktorzy, dzięki ciszy panującej na scenie doskonale nas słyszeli. Dlatego narracja prowadzona przez słuchawki była nie tyle pomyślana dla nas, ile dla występujących na scenie aktorów. Generowany na widowni emocjonalny, dźwiękowy pejzaż pozwolił im nas, widzów, wreszcie dokładnie "zobaczyć".