24. edycja (2017/18)

Nieupiększone

recenzja spektaklu Bierki

Od dziesięciu lat Marcin Szczygielski stara się wypełnić lukę w polskiej dramaturgii: pisze tak zwane sztuki użytkowe. Obyczajówki, czasami w tonie komediowym, czasami sensacyjnym, albo z odniesieniami do historii. Stara się przemycić do tego repertuaru - po który sięgają głównie teatry chcące bawić i przyciągać szeroką widownię - treści nieco poważniejsze: próbuje rozbawionych odbiorców uczyć tolerancji, empatii, elementarnej życzliwości wobec bliźnich, także tych odmiennych. Seksualnie, światopoglądowo, charakterologicznie. Temu celowi służyła jego pierwsza sztuka: "Berek, czyli upiór w moherze", komediowa opowieść o wymuszonej okolicznościami (złamana noga) sąsiedzkiej przyjaźni między prawicowo-tradycjonalistyczną damą i gejem. Wynikało z niej, że ani moher, jak go lepiej poznać, nie jest upiornym babsztylem, ani "zboczeniec" nie musi budzić oburzenia - świętego i żadnego innego. Nie była to rzecz przesadnie głęboka czy komplikująca stereotypy - ale pożyteczna. W warszawskim Kwadracie (prapremiera 2008) już w pierwszej sekwencji użyto boskiego torsu Pawła Małaszyńskiego, żeby warszawskich mieszczuchów oswajać z uroczym gejem. Żyłem w przekonaniu, że taka edukacja przez rozrywkę może być wspaniale skuteczna - póki członkowie poprzedniej komisji naszego Konkursu nie opowiedzieli mi o kolejnym wystawieniu "Berka", w Płocku. Reżyser dodał był tam w finale filmik, na którym bohater i jego partner biorą ślub w miejscowym urzędzie stanu cywilnego. Ich pocałunek budził na widowni spontaniczne, chóralne "bleee", jakie czasami podkłada się w sitcomach. Dydaktyczna perswazja poszła się paść.

"Bierki", autoadaptacja powieści Szczygielskiego, to dramat obyczajowy rozgrywający się we współczesnej szkole. Siedemnastoletni Paweł od niepamiętnych czasów męczy się z ukrywaniem homoseksualnych skłonności. Z coraz większym trudem znosi baty od kolegów, odpowiadanie nadopiekuńczej mamie na pytanie "kiedy przyprowadzisz dziewczynę", ba, towarzystwo Aśki, kumpeli od przedszkola, co się niby wszystkiego domyśla, a przecież ma nadzieję. Chłopak wie, że jej oddanie i przyjaźń jest w jego osamotnieniu wartością bezwzględną, ale wie też, że tego, na co dziewczyna czeka, nie będzie w stanie jej dać. Kroplą przepełniającą dzban udręki jest akcja wuefisty, który po lekcji, sam na sam, podnieca chłopaka aż po wytrysk, a niedługo potem poniża go przed całą klasą. Paweł, jak się oka-zuje, podkochiwał się od dawna w tym jurnym konusie. Teraz miota się, próbuje kilkakrotnie - upokarzająco nieskutecznie - dokonać coming outu, wreszcie ucieka z domu, trafia do gejowskiego klubu, potem w ręce gangu, który "czyści miasto ze zboków" i jego los staje się nagle skrajnie niebezpieczny.

Autor z dużą psychologiczną starannością kreśli portrety bohaterów, skupiając uwagę przede wszystkim na sprzecznych intencjach, które nimi miotają. Trochę mu jednak nie dostaje warsztatowej sprawności, by złożoność tych wyborów zmieścić w sytuacjach i między słowami. Zbyt wiele informacji płynie do widowni w anachronicznej formie monologów na stronie; dialogi też drażnią sztywnością, zwłaszcza między młodymi. Chwała wykonawcom, jeszcze studentom łódzkiej Filmówki, Janowi Hrynkiewiczowi i Elżbiecie Zajko grającym Pawła i Aśkę, że udaje im się trafnością emocjonalną, niuansami reakcji uwiarygodnić swe postacie. I, co za tym idzie, całą opowieść.

Aliści mnie zaciekawiły najbardziej portrety dorosłych. Głównie przez ich radykalne i bardzo rzadkie nieupiększenie. Przedstawicielką szkoły Marcin Szczygielski czyni jeszcze młodą (12 lat stażu) polonistkę w roli szkolnego pedagoga na zastępstwie. Kobieta jest po przejściach: miała dziecko, które straciła, partnera nie ma, opiekuje się ojcem chorym na Alzheimera. Bez wątpienia jest jej trudno. Co nie zmienia faktu, że pozostaje kompletnie niedojrzała, życiowo pogubiona, zawodowo wyposażona w parę formułek brzmiących jak wyuczona lekcja. Nic jej nie obchodzą młodzi zgłaszający się po pomoc; w rozmowie z Pawłem drży tylko o to, żeby nie wyszła na jaw jej wpadka. Bo i ją przeleciał na szybciora w szkolnej izbie pamięci napalony wuefista o rozległych, jak widać, zainteresowaniach seksualnych. Olga Borys, skądinąd pomysłodawczyni całej tej premiery, nie folguje aktorskiemu odruchowi, żeby bronić postaci: obnaża dość bezlitośnie całą jej życiową mierność. Poddając niejako walkowerem główne starcie spektaklu.

A jest nim starcie z matką Pawła. Loretta Cichowicz gra doświadczoną kobietę, przepełnioną miłością do dzieci, tudzież respektem wobec męża o dość, jak się zdaje, ciężkiej łapie. Nie jest na tyle naiwna, żeby nie widzieć, że z synem jest coś nie tak. Ale tego, że jest "zboczeńcem" nie przyzna nigdy - ani przed sobą, ani przed nikim. Więc jej niepokój musi sublimować w agresję przeciw całemu światu, który wniósł w jej życie te wszystkie głupoty. Kiedyś o homoseksualistach porządni ludzie nie wiedzieli nic, teraz mówi o nich każdy serial. I internet. I szkoła z takimi siksami zamiast nauczycielek, co tylko psują młodych, zamiast ich porządnie uczyć. Matka Pawła wali jak taran. Cała jest wcieloną pogardą, cóż z tego, że obronną, bo i to aktorka potrafi dyskretnie zaznaczyć. Wściekłą, niepohamowaną nienawiścią wobec nowego (nie)porządku upostaciowanego w drobnej blondyneczce, która nie umie się bronić, gubi się, bąka frazesy, nie wiadomo nawet czy w nie wierzy. Nie stoi za nią żadna jasna postawa, żaden jednoznacznie rozpoznawalny system wartości, a jedynie, by tak rzec, nowa poprawność obyczajowa, w tym przypadku stuprocentowo defensywna. Gdy się patrzy na obie, nie można starszej nie przyznać racji. Wiedząc przecież, że ona właśnie racji nie ma!! Co więcej: z jej niewzruszonej - i utwierdzonej wygraną potyczką - wiary we własną wizję świata będzie tylko nieszczęście. Jej syna i jej samej też.

Tak bywa: dobrze napisana, wyreżyserowana i zagrana scena z użytkowego dramatu chwyta coś więcej, niż pojedynczy konflikt. Można ją wziąć przy pewnej dozie życzliwości wręcz za kwintesencję generalnego zderzenia parafiańskiego konserwatyzmu społecznego z naskórkową modernizacją obyczajową, której to stłuczki skutki ćwiczymy od paru lat i coraz bardziej wychodzi nam to bokiem.

Przedstawienie jest efektownie pomyślane: scenki dialogowe poprzeplatane są starannie przygotowanymi, choć niekiedy mętnymi (finał) projekcjami. Rozmach widowiska może imponować przy dość skromnych warunkach technicznych, na jakie stać życzliwy przedsięwzięciu Akademicki Ośrodek Inicjatyw Artystycznych. Przedsięwzięcie związane jest rozmaitymi nitkami z łódzką Filmówką; to, jak czytam, podstawa doktoratów przygotowywanych przez Olgę Borys i odpowiedzialną za fotografię Monikę Kryszczyńską. Życząc serdecznie obu paniom akademickich laurów nie mogę nie uśmiechnąć się lekko na myśl, jak nieoczekiwana droga prowadziła do inscenizacji tego tekstu, który, patrząc racjonalnie, powinien być po prostu chlebem powszednim teatrów repertuarowych. I bez trudności miałby widownię - tę, która teraz tłoczy się w salce na Zachodniej.