archiwum

Ściana w ruinie

recenzja spektaklu Stopklatka

"Stopklatka" Maliny Prześlugi powstała w 2011 roku. Tematem sztuki są "sprawy, o których trudno się opowiada", jak sama autorka pisze w programie do gorzowskiego spektaklu, a jej adresatem - młodzież.

Niepełnosprawność w teatrze jest sprawą na tyle trudną, że dopiero w roku 2017 ukazała się pierwsza polska publikacja książkowa na ten temat - "Odzyskiwanie obecności. Niepełnosprawność w teatrze i performansie". Ewelina Godlewska-Byliniak i Justyna Lipko-Konieczna, które wybrały i opracowały zebrane w niej teksty, wprowadzają odbiorców w nurt badań zwany disability studies, który w Polsce dopiero raczkuje. Jak opisywać spektakle z udziałem osób z niepełnosprawnościami (redaktorki proponują to określenie zamiast przymiotnikowej formy "osoby niepełnosprawne", choć także ją akceptują)? Jakie kryteria przyjąć? Sama zadaję sobie to pytanie, ponieważ sztuka artystów z niepełnosprawnościami jest coraz wyraźniej obecna w polskiej przestrzeni teatralnej. Redaktorki w słowie wstępnym podkreślają złożoność zjawiska: "Zdajemy sobie sprawe, ze tworczosc artystyczna osob z niepełnosprawnosciami budzi silne i sprzeczne emocje. W głownej mierze to emocjonalnosc i afektywnosc wpływaja na odbior tego rodzaju sztuki, pozostawiajac widza w rozterce - czy to, co widzi, ma prywatny, czy publiczny charakter? Jest elementem terapii, czy niezalezna, swiadomie budowana artystyczna wypowiedzia?". Percepcyjny dyskomfort widza może być w tym wypadku stanem twórczym - przysłużyć się dekonstrukcji istniejących w jego umyśle stereotypów i sprawić, by odważył się na inny rodzaj spojrzenia.

W "Stopklatce" nie występują osoby z niepełnosprawnościami, ale jej tematem jest niepełnosprawność fizyczna, kalectwo młodego chłopaka, sparaliżowanego po skoku na główkę. Nasze pierwsze odruchy, nawet jako widzów teatralnych, przypominają reakcje z życia - dystans, strach, pospiesznie odwracany wzrok (i dodatkowo w tym wypadku: ulga, że siedzimy ukryci w ciemności). Prześluga mówi: "spójrz na mnie"; notabene tak właśnie zatytułował swój poruszający umysł i zmysły spektakl w Teatrze Śląskim w Katowicach Adam Ziajski. Opowiada tam historie osób niewidomych, a właściwie to one opowiadają je własnym głosem i sceniczną obecnością.

"Stopklatka" jest tekstem misyjnym i może być tekstem edukacyjnym, ale z toporną dydaktyką nie ma nic wspólnego. W postać głównego bohatera została wpisana intrygująca ambiwalencja tożsamości. Kiedy pojawia się na scenie, błyskawicznie nawiązuje porozumienie z widzami, zwraca się wprost do nich: "Czekaliscie aż przyjde. Czekaliscie własnie na mnie. Wow. Nie wiedzieliscie kim jestem i czekaliscie na mnie jak na weekend albo zbawienie, wtedy też nie wie sie, co bedzie i sie czeka". Nikt spośród publiczności nie może jeszcze odgadnąć, że ten wyluzowany chłopak, który za chwilę będzie zdradzał tajniki skutecznego podrywu i odgrywał kaskaderskie sceny ze znanych filmów, tak naprawdę leży w dusznym pokoju, gdzie przed chwilą weszła mama, aby zmienić mu pieluchę. Co zatem oglądamy na scenie? Projekcję marzeń kalekiego nastolatka? Aktora, który odgrywa rolę sparaliżowanego chłopaka? Co jest prawdą, a co tylko prawdą sceniczną? Każdy może poszukać własnej odpowiedzi, ale dla mnie wersja realistyczna jest najbardziej uprawniona, ponieważ druzgocze najmocniej. Takie zdruzgotanie jest chyba najlepszym środkiem prewencyjnym, aby kolejna osoba nie przekuła w praktykę makabrycznego pomysłu młodego bohatera.

Reżyserka, Alina Moś-Kerger powierzyła jego rolę dwóm aktorom występującym w dublurze: Darianowi Wiesnerowi i Mikołajowi Kwiatkowskiemu. W oglądanym przeze mnie spektaklu grał Wiesner. Rewelacja. Tykająca bomba zegarowa z rocznika 1990. A przy tym aktor rozumiejący i umiejący podać opowieść Prześlugi jak własną. Jego Wojtek ma w sobie podwójną świadomość: nieodwracalności losu zwykłego śmiertelnika i migotliwej zmienności losu komedianta. Towarzyszy mu na scenie kilkoro aktorów, bo choć "Stopklatka" ma zadatki na monodram, można z monologu bohatera wypreparować postaci kobiece - jego mamy, ex- dziewczyny Majki oraz statystki w skeczu na temat podrywu. Matkę gra Beata Chorążykiewicz. Z uśmiechem przytwierdzonym na stałe do ust mówi do syna coś, co tylko tkwi w jej umyśle: "Codziennie patrze na ciebie ze złoscia. Codziennie probuje wzbudzic w tobie najgorsze wyrzuty sumienia, udowodnic ci, jak bardzo mnie rozczarowałes i jak bardzo sie z toba mecze. Chyba cie nawet nienawidze". Prześluga nie głaszcze swoich widzów po nastoletnich głowach. Pokazuje, że bezgraniczna rodzicielska miłość może obejmować także frustrację i złość.

Również reakcje pozostałych bohaterek, mierzących się z niepełnosprawnością Wojtka, są bardzo ludzkie. Czytaj: niedoskonałe. Milcząca Majka (Joanna Rossa) nagle zaczyna gadać bez ustanku. Na rękach nosi metaforyczne ochraniacze (zzute z nóg wrotki) - obie strategie mają tworzyć zaporę przed fizycznym kontaktem. Statystka w scenie podrywu (Marta Karmowska) nagle traci ochotę na randkę w kinie i dyskretnie znika z pola widzenia. W bardzo ciekawym tekście "Męskość - niepełnosprawność - proteza", zamieszczonym w przywołanym tomie, Magdalena Zdrodowska opisuje niepełnosprawność uwidocznioną poprzez fotografie i spoty reklamowe z udziałem sportowców i weteranów wojennych. Ich ciała, choć uprotezowione i niepełne, nadal wpisują się w kanon męskiej urody. Pozostają atrakcyjne, muskularne i pociągające. Jednak takie wizerunki "przekraczają stereotyp niepełnosprawnej męskości, a sama ta kategoria ma już znamiona oksymoronu". Zdrodowska przywołuje także słowa Toma Shakespeare'a, który w artykule "The sexual politics of disabled masculinity" pisze, że "niepełnosprawność jest kondycją symbolicznie kastrującą męskie ciało". Być może wyjaśnia to do pewnego stopnia reakcje bohaterek ze sztuki Prześlugi.

Tym, co uwierało jedną z najlepszych polskich autorek piszących dla dzieci i młodzieży, kiedy wybierała temat swojego dramatu był fakt, że "nie wpuszczamy niepełnosprawnych ludzi do swojego świata, oddzielamy się od nich ścianą współczucia lub lekceważenia" (kolejny cytat z programu). Inscenizując "Stopklatkę" Alina Moś-Kerger rozbiła tę ścianę, a przynajmniej mocno nadwątliła jej konstrukcję (przy optymistycznym założeniu, że teatr ma wpływ na losy świata). Sprawiła bowiem, że sami, z własnej nieprzymuszonej woli - lub z dobrej woli nauczycielek - do tego świata przychodzimy i jest szansa, że nie zrobimy już kroku w tył.