25. edycja (2018/19)

Lekcja?

recenzja spektaklu Ruscy

Polska, Polacy, polskość. Obywatelstwo, tożsamość, wartości. Język, historia, wyznanie i poczucie przynależności. Z jednej strony przechodzące przez ulice największych miast kraju pochody z uczestnikami wznoszącymi nacjonalistyczne, ksenofobiczne i pełne nienawiści do wszystkiego i wszystkich nie dość swoich hasła. Z drugiej spektakle, koncerty czy wystawy pokazujące w Polsce i poza jej granicami dzieła często nie dość pamiętane lub nowe, niebojące się podejmować dyskusji z obecną polityką i nastrojami społeczeństwa. W centrum odmieniana przez wszystkie przypadki Polska, setna rocznica uzyskania niepodległości i pytanie o to, co znaczy być Polakiem w roku 2018?

            W jednej z pierwszych scen spektaklu „Ruscy” z gdańskiego Teatru Wybrzeże, Wiera (Magdalena Gorzelańczyk), główna bohaterka, zdaje egzamin z polskości. Pierwszy prezydent Trzeciej Rzeczypospolitej? Drugiej Rzeczypospolitej? Prawobrzeżne dopływy Warty? Data zawarcia Unii Lubelskiej? Wiera oblewa. A przecież jest Polką, czuje się Polką, mówi po polsku, modli się po polsku, jej rodzice, dziadkowie i pradziadkowie byli Polakami. Wydawałoby się, że jej polskość jest niepodważalna, ale po chwili dowiadujemy się, że jej przodkowie mieszkali za Żytomierzem i po pierwszym zaborze stracili kontakt z ojczyzną. Że Polska, którą zna Wiera, jest Polską utkaną ze wspomnień i opowiadań, Polską wymarzoną, odległą i dość nierzeczywistą. Polską oglądaną z coraz dalszej perspektywy – najpierw z Marchlewszczyzny, później z Kazachstanu, do którego rodzina została deportowana w latach trzydziestych.

Czy więc polskość Wiery jest wystarczająco polska? Czy też jest to polskość inna, bardziej obca i egzotyczna? Wierę i jej rodzinę w jednej ze scen odwiedzają antropolodzy (Piotr Chys i Marek Tynda). Polscy, mówiący po polsku antropolodzy z Polski, którzy przyjeżdżają do odległego Kazachstanu, żeby zbadać zwyczaje i tradycje zachowane przez tych innych, odległych Polaków. Interesuje ich nie tylko ich polskość, ale i sowieckość, która, jak twierdzi Dziadek głównej bohaterki (Krzysztof Matuszewski), nie jest ich. Antropolodzy zadają więc szereg pytań: „Interesuje nas problem kilkupokoleniowego zrusyfikowania przy jednoczesnym zachowaniu odmiennej tożsamości narodowej w przypadku całkowitej alienacji kulturowej. […] czy jest możliwe zachowanie tożsamości narodowej w oderwaniu od kultury narodu? I czy możemy w ogóle mówić o tożsamości narodowej w alienacji od samego narodu jako takiego? […] czy wystarczy samo pokrewieństwo biologiczne, żeby mówić o tym samym narodzie?”.

Bohaterowie dramatu Paczochy bronią się przed rusyfikacją, chcąc zachować swoją polską tożsamość, ale z każdym kolejnym pokoleniem z Polską łączy ich coraz mniej. Nie posiadają polskiego obywatelstwa. Swoje dzieci nazywają rosyjskimi imionami, po to, by było im w życiu łatwiej. Język, jakim się posługują jest właściwą im i nigdzie niespotykaną mieszaniną polskiego zaczerpniętego ze wspomnień i z osiemnastowiecznego modlitewnika z rosyjskim. Są katolikami, których nie złamała sowiecka propaganda, ale ksiądz dociera do nich raz na kilka lat. Swoja wiarę pielęgnują więc wracając do zachowanego przez prababcię modlitewnika i dbając o przewieszone zza szafy w bardziej reprezentacyjne miejsce domu święte obrazy.

Od ośmiu pokoleń, odkąd stracili kontakt z ojczyzną, czują się inni, obcy. Ich prywatna historia splotła się w tragiczny sposób z historią pisaną przez wielkich tego świata. Najlepiej symbolizuje to scenografia autorstwa Magdaleny Gajewskiej, która usypała na scenie kamienisty nasyp kolejowy, a na nim ustawiła przełamany wagon towarowy. Być może podobnym wagonem deportowani byli kiedyś najbliżsi Wiery, jej dziadek, jego pierwsza miłość, którą nadal wspomina, jego sąsiedzi i ich rodziny, wszyscy ci, których potomkowie tworzą dziś tę małą, polską społeczność. Teraz wagon ten stał się również symbolem zapomnianych zdarzeń. Stojący w zagubionym miejscu, do którego nie prowadzą już żadne tory, którymi w nieodległej przeszłości przejeżdżały transporty śmierci po trasach wyznaczanych palcem Stalina.

 Przed wagonem, na proscenium Wiera podchodzi do poprawki egzaminu z polskości. Znowu oblewa, znów próbuje i w końcu, za piątym razem, zdaje. Zostaje oficjalną Polką i może wyruszyć do swojej wymarzonej i upragnionej ojczyzny. Miejsca, w którym ma nadzieję wreszcie poczuć się jak swoja wśród swoich. I kiedy wreszcie dociera do Polski, czeka na nią „opieka nad dziećmi, sprzątanie, seks-telefon… imigranckie roboty”. Nikt jej tu nie chce. Każdy widzi w niej podejrzaną obcą, Ruską ze Wschodu, uzurpatorkę i oszustkę. Nie dość polską, bez polskiego imienia, z trudem dającą się zrozumieć ze swoją łamaną rosyjską polszczyzną.

Polska Wiery i Polska, do której Wiera trafiła, nie mają ze sobą zbyt wiele wspólnego. Polskość pielęgnowana przez Wierę i jej rodzinę i polskość „prawdziwych” Polaków, znacząco się od siebie różnią. Co więc znaczy być Polakiem w roku 2018?

Takie pytanie zadawali sobie zapewne nawzajem autor Radosław Paczocha i reżyser Adam Orzechowski. Przedstawienie, które zrealizowali, jest jednak dziełem nie w pełni satysfakcjonującym. Zrealizowanym wokół powtarzającej się frazy Wiery: „Co nie zrobię, będę żałować. […] Będę żałować tak czy owak…”. Bohaterka bowiem znajduje się w wyjątkowym położeniu, z którego nie ma dobrego wyjścia. Wszędzie obca, wszędzie nie dość u siebie. Realizatorzy jednak nie zbudowali pogłębionego portretu bohaterki, zamiast tego proponując coś, co roboczo można by nazwać udramatyzowaną lekcją historii. Na pierwszy plan wysunęły się tematy i wątki znane nie tylko uczestnikom i świadkom tamtych zdarzeń, ale każdemu uczniowi szkoły średniej z kart podręczników historii. Wiarygodności opowiadanej historii miały dodawać dialogi prowadzone częściowo w obcych językach, dramatyzmu wplecione w sztukę fragmenty poetyckie diametralnie różnej klasy, od Anny Achmatowej po Mariana Jonkajtysa.

Do teatru trafiają nowe pokolenia widzów i być może realizatorzy chcieli przypomnieć, w sto lat po odzyskaniu niepodległości, że warto rozmawiać o Polsce, Polakach i polskości. Jednak na scenie, przypominając historię Wiery i jej rodziny, mówią przede wszystkim o przeszłości. Może następnym razem spróbują porozmawiać o przyszłości?

Andrzej Lis

 

Radosław Paczocha RUSCY. Reżyseria: Adam Orzechowski; scenografia, kostiumy, światło: Magdalena Gajewska; muzyka: Marcin Nenko. Prapremiera 11 listopada 2018 w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku (Scena Stara Apteka).